wtorek, 23 września 2014

13. Goście? Jacy goście?

Miną tydzień od Sylwestra, moja choroba nie ma ochoty zniknąć. Byłam u lekarza, oczywiście, ale co mi z tego. Nic nie mogę zrobić, nawet nie mam siły wysyłać Cv. Pamela mnie odwiedzała regularnie, obiadki przynosiła. W Sylwestra zerwała z Piotrkiem. Nie podała mi powodu. Jeżeli ona zdecydowała o końcu ich związku to musiała mieć mocne argumenty.
Siedzę sobie i oglądam seriale w Internecie, już mnie głowa boli od tego komputera. Na szczęście grypa odpuszcza. Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. Zerwałam się na równe nogi czego później żałowałam. Ostry zawrót głowy i mroczki przed oczami były silne, ale zatrzymałam się na chwilę i minęło. Zastanawiało mnie kto się tak dobija o 10 rano.
- No nareszcie już miałem pogotowie wzywać. – no jasne, Marcin.
- Dzień dobry też miło Ciebie widzieć – odrzekłam z sarkazmem.
- Dzień dobry, kupiłem Ci soki, owoce i kilka drobiazgów. Mam zamiar zrobić Ci obiad.
- Od obiadów mam już swojego wysłannika – zaśmiałam się leżąc już w łóżku.
- Wiem, że masz, ale dziś twój wysłannik nie może ci pomóc. Sama ma coś do załatwienia.
- Ona do Ciebie zadzwoniła? – zapytałam – przecież dobrze wie, że nie możesz tak sobie przyjeżdżać. Masz treningi. – powiedziałam z wyrzutem.
- Nie marudź  tylko jakoś się ogarnij. Będziesz miała gości. – powiedział mi już z kuchni.
- Gości? – wie, że się nie nadaję do jakichkolwiek odwiedzin to jeszcze mnie stawia przed faktem dokonanym.
- Tak gości, chcą ci zrobić niespodziankę.
- Marcin, ja nie mam ochoty na odwiedziny. – położyłam się na łóżku i jęknęłam z myślą, że środkowy nie usłyszał.
- Mówiłem ci nie marudź – pojawił się w pokoju ubrany tylko w mój fartuch kuchenny. Rozbawił mnie tym niemiłosiernie. I gdyby nie to, że jestem chora, to goście musieli by przełożyć wizytę na inny dzień. – Karina, z czego się tak śmiejesz? Jestem brudny na brodzie? – dotknął się ręką w mące zostawiając biały proszek w miejscu o które się pytał.
- Oj kucharzyno, chodź – wzięłam i strzepałam mąkę. Przy okazji sprawdziłam, czy faktycznie ma sam fartuch, który i tak był z lekka za mały.
- Gdzie tam zaglądasz? – powiedział z udawaną urazą – taka jesteś mądra? To co tym masz pod swoim ubraniem, cwaniaro? -  i zaczął mnie łaskotać
- Nie, Marcin….. Błagam… Nie mam siły na nic…  - mówiłam pomiędzy falami śmiechu. – Teraz to już faktycznie nie dam rady nic zrobić.
- Koniec wygłupów. Trzeba się brać do roboty. 
- Nie, ja żartowałam, ale poleżmy jeszcze chwilę… - zaczęłam znowu jęczeć
- Idę się ubrać, a ty leż. Zaraz ogarniemy to twoje królestwo chaosu. – królestwo chaosu? A jak on pomieszkiwał w moim salonie to co było? Imperium zagłady? Dobre sobie.
Jednak to zatrzymałam dla siebie i potulnie bez komentarzy, posprzątałam to co należało do zbyt osobistych rzeczy.
- Karina, to są te niteczki co przed wyjazdem zerwałem z ciebie? – zapytał wyciągając stringi zza szafki nocnej.
- O nie, ja ich tyle szukałam. Jeszcze na dodatek porwane…  Marcin to moje ulubione były.
- Dosłownie je z ciebie zerwałem. No nic, kupię ci drugie. Skąd je miałaś? – zapytał a ja wybuchłam śmiechem. Już widziałam minę ekspedientki, gdy pyta się: Przepraszam czy dostanę takie same, tylko nie porwane?
- Wybacz, sama sobie kupię. Jak jeszcze będzie taki fason. O której mają być tajemniczy goście?
- O 14, a co?
- Tak pytam.
- Cos już kombinujesz. – powiedział mrużąc oczy.
- Nic nie kombinuję. – powiedziałam biorąc bieliznę na zmianę i jakieś „wyjściowe dresy” – idę pod prysznic.
- Mogę iść z tobą? – zapytał w nadziei, że się zgodzę
- Nie. Musisz zrobić obiad pyszniutki, bo się nie wyrobisz. – powiedziałam z cwaniackim uśmiechem. – jak dla mnie możesz ten obiad robić i bez fartuszka, i nawet bez tego co było pod nim, ale niestety będą goście – dodałam z udawanym smutkiem i na koniec jeszcze zakaszlałam.
- O nie moja panno tak się bawić, nie będziemy. Marsz pod prysznic, a ja w tym czasie mrozem pozabijam wszystkie bakterie, które masz w sypialni i salonie….
- Dobrze, mamusiu… - i oboje wybuchneliśmy śmiechem.

O równej 14 było słychać pukanie do drzwi. Marcin zajęty w kuchni nie mógł ich otworzyć i spadło to na mnie.
- Niespodzianka – usłyszałam chór kobiecych głosów za dzrwiami, stały: Edyta , jej siostra Wiktoria, Marzena, Malwina, Judyta, inaczej ekipa z chóru a także Marysia i Patrycja, z którymi zaprzyjaźniłam się na meczach Politechniki. Oczywiście za wszystkim stała Pamela.
- Kochane moje – zaprosiłam dziewczyny do środka. Niestety nie mogłam im sprzedać jeszcze po buziaku.
- A ty – wskazałam na Pamelę – dostaniesz w trąbkę. Marcina gonić tutaj?
- Jakiego Marcina? – zapytała z zaciekawieniem Marysia. Ona nigdy Arka nie lubiła, więc się nie dziwię jej zdziwieniu i zaciekawieniu.
- Usiądźcie do stołu to zaraz się przekonacie. Marcin będzie dzisiaj naszym osobistym kelnerem i kamerdynerem. – drugie zdanie wypowiedziałam głośniej, specjalnie aby środkowy usłyszał.
Pogawędziłyśmy chwilę i w drzwiach salonu pojawił się Marcin wystylizowany faktycznie na kelnera. Z jaką on gracją omijał futryny aby nie uderzyć się w głowę.
Wszystkie zrobiły zdziwione: „Ooooooo”, a gdy tylko siatkarz opuścił pomieszczenie, zaczęły się głosy oskarżycielskie: „Dlaczego nie powiedziałaś?” „Było się pochwalić..” „Jak mogłaś”
Na szczęście Marcin dość szybko wrócił z kuchni a one zamilkły.  
- Jakie pyszne sama gotowałaś? – spytała Edyta
-  Coś ty, ostatnimi dniami nic nie robi poza leżeniem – wtrąciła się Pamela, na co ja tylko pokręciłam głową.
- Marcin pełnił dzisiaj funkcje kucharza – odpowiedziałam ze spokojem.
- A właśnie, gdzie on jest? – zauważyła Marysia.
- Pójdę po niego – zadeklarowałam i zerwałam się z miejsca.
Nawet nie zdążyłam wyjść z pokoju, jak już słyszałam, że chciały co nieco wyciągnąć od Pameli.
Marcin kroił już ciasto na deser. Nie zauważył, że weszłam, więc objęłam go w pasie.
- Dziękuję – powiedziałam do jego pleców. – Zrobiłeś pyszny obiad, a o deserze.. – przerwałam i złapałam kawałek – już nie wspomnę.
- Nie dziękuj, tylko zbierz talerze, zaraz będziesz miała kolejnych gości – obrócił się i pocałował mnie w czoło.
- Jak to kolejnych gości? Ja tutaj oprócz Wojtka, Hani i Pameli nie mam więcej znajomych. Gdzie ich pomieszczę
- Jaka ty marudna dzisiaj jesteś. Zamiast się cieszyć, to cały czas jęczysz.
- Marcinku, nie gniewaj się – znowu się do niego przytuliłam.
- No leć zbierz talerze – ponaglił mnie.
- A ty jadłeś? – jak zwykle o sobie nie myśli – Zbiorę talerze i ci nałożę. – i wyszłam do pokoju.
- No i gdzie ten twój kucharz? – zagadnęła Wiktoria. Wyraźnie wyczułam nacisk na słowo „twój”
- Zaraz do was dołączy i będziecie mogły przeprowadzić wywiad. – mówiłam zbierając talerze po obiedzie. – A i to nie jest żaden MÓJ kucharz.
- Uważaj bo ci uwierzymy. – reszty nie słuchałam bo wróciłam do środkowego
- Marcin, a ci goście co mają jeszcze dołączyć to też niespodzianka? – zapytałam gdy wrócił z pokoju po zaniesieniu ciasta dziewczynom.
- Nie, po prostu jutro Kędzierzyn gra z Rzeszowem, a że chłopaki przyjechali wcześniej i chcieli się z Tobą zobaczyć, to już inna sprawa. Krzysiek z Pitem przyjedzie, a że nie znają lokalizacji to jeszcze Lipe, Wiśniewski i Gacek.
- Oni też nie wiedzą gdzie mieszkam – zauważyłam i podałam siatkarzowi talerz z obiadem.
- Tak, ale znają Lubin trochę lepiej od Resowiaków.
- A co się tutaj dzieje? – wpadła do kuchni Marysia
- Nic nadzwyczajnego, Marcin je obiad – oznajmiłam to co oczywiste.
- To smacznego. – życzyła siatkarzowi – Karina co mówi palma do palmy? – zapytała
- Już idę – odpowiedziałam
- Tylko się ciepło ubierz – rzucił za mną Marcin. Marysia skwitowała to tylko spojrzeniem.
Wiedziałam, że na balkon wyjdę tylko ja i Maryśka.
- Karina, dlaczego ty się oszukujesz? - powiedziała
- O co ci chodzi?
- Który facet dba tak o kobietę, gotuje jej i jej przyjaciółkom, martwi się by się nie przeziębiła. No powiedz, który?
- Oj wymyślasz. Jesteśmy przyjaciółmi. A poza tym zaraz mają przyjechać też jego kumple.
- Tak to sobie wmawiaj. Widać jak na dłoni, że on świata poza tobą nie widzi. – powiedziała, a ja już nie mogłam dłużej udawać.
- Powiem ci Maryś w sekrecie, że ja tez już nie umiem dłużej wytrzymać bez niego… - dodałam i wtuliłam się w przyjaciółkę. Mogłyśmy sobie szczerze pogadać. Reszta załogi za Marcinem grała w karty i nawet nie wiedziały, że niedługo zjawią się, u mnie w mieszkaniu, ich idole.
- Nie można tak było od razu, tylko bawicie się w kotka i myszkę. – przycisnęła mnie mocniej do siebie, jednak nagle się wyprostowała, zaciągnęła mentolem i spojrzała mi prosto w oczy – Jego kumple tu przyjadą?

- O masz ci babo placek, dopiero do niej to dotarło – skwitowałam i obie zaczęłyśmy się śmiać.









------------------------------------------------------
Taki prezent z okazji zdobytego złota, przez naszych cudownych, walecznych, i jeszcze długo tak można wymieniać, siatkarzy.
Przepraszam za jakiekolwiek błędy. Chciałam jak najszybciej udostępnić.
MIŁEGO CZYTANIA :*