poniedziałek, 2 grudnia 2013

10. To nic nie znaczyło

Przy moim aucie czekał Arek. Zauważył mnie i spojrzał mi prosto w oczy. Zrozumiałam to nie będzie łatwa rozmowa.
- Karina, naprawdę chcesz to tak zakończyć? – spytał na wstępie.
- To się już dawno skończyło… Bez naszej pomocy. – odpowiedziałam nadzwyczaj spokojnie. Najwidoczniej wybaczyłam już mu zdradę. – Teraz masz nową miłość a ja już dawno zeszłam na drugi plan.
- Czy ty nie rozumiesz, że jej nie kocham? – wykrzykuje, machając rękoma – Nawet to dziecko było udawane. Chciałem, żebyś była zazdrosna – dodaje spokojniej, lekko się podłamując. Zaskoczył mnie tym wyznaniem.
- A ja nie kocham ciebie. Arek to, co nam się zdarzyło, najwidoczniej nic nie znaczyło. To nie była miłość. – zostawiam go w osłupieniu i wsiadam do mojej srebrnej Toyoty. Odjeżdżam. Widzę w lusterku, że stoi w bezruchu. Jak on tak mógł mi powiedzieć? Dlaczego akurat teraz? Dlaczego on bawi się uczuciami także tamtej dziewczyny? Nie umiałam sobie odpowiedzieć na te pytania. Aby zabić myśli włączyłam radio, a tam ponadczasowe „Last Christmas”. Jeden wers do mnie pasuje „… W tym roku aby uniknąć łez oddaje serce komuś specjalnemu…”. Pośpiewałam swoje ulubione kawałki i od razu poprawiałam sobie humor. Zapomniałam już nawet o wizycie mojego byłego.
                Po czterech godzinach podróży zajeżdżam pod swój blok, a tam czeka już kapitan. Niby miałam się z nim spotkać później i spodziewałam się jego widoku to zrobił mi miłą niespodziankę pojawiając się wcześniej.
- Witam pannę spóźnialską. – powiedział, gdy wysiadłam z auta.
- Dlaczego spóźnialską? Nie byliśmy umówieni na już. – mówię podchodząc do niego nieśmiało.
- No nie, ale powinnaś czuć, że czekam na ciebie. – powiedział uśmiechając się i delikatnie przysuwając mnie do siebie. Ja niewiele myśląc wtuliłam się w jego silne ramiona i najzwyczajniej w świecie się płaczę. Sama nie wiem dlaczego. Może po prostu potrzebowałam takiego upustu emocji. Marcin pytał, co się wydarzyło, jednak nie powiedziałam mu o wizycie Arka. To jest już naprawdę ostatni raz, kiedy przez niego płaczę.

Kilka dni później
- Karina zbieraj się, wyjeżdżamy! – krzyczy Marcin, stojący pod drzwiami łazienki. W tym momencie usłyszałam dzwonek do drzwi. – Otworzę, tylko się streszczaj.
Z tego, co zrozumiałam przyszła do mnie paczka. Marcin podpisał odbiór i położył ją w salonie. Panował tam taki bałagan, że ledwo mogłam wejść, nie robiąc sobie przy tym krzywdy. Salon stał się sypialnią Możdżonka. Na moje szczęście nie spodziewałam się gości.
- Tylko otworzę tę paczkę i jestem gotowa. – zgodził się i wyniósł moją torbę do samochodu. Zastanawiałam się od kogo może być ta przesyłka. Tak jak i poprzednie. Co prawda długo już nie dostawałam kolejnych prezentów, więc sądziłam, że ten tajemniczy ktoś sobie odpuścił.
Otworzyłam paczkę. W środku znajdowała się czerwona róża i bilecik. Wstawiłam ją do wody bo nie wytrzymałaby do mojego powrotu, a bilecik włożyłam do kieszeni płaszcza.
-Co to była za paczka? – zapytał Marcin, gdy już jechaliśmy.
- W środku była czerwona róża. Nie wiem od kogo i bilecik, który zaraz przeczytam. Kiedyś też dostawałam takie paczuszki, ale ustały więc myślałam, że dał sobie spokój.
- Sądzisz, że to facet?
- Raczej tak. Dużo o mnie wie, podpisuje się literką „A”. Kobieta raczej nie zachwycałaby się moją czerwoną sukienką z czasów liceum, czy robionymi na drutach rękawiczkami. Nie dostałabym od kobiety kwiatów jak i drogocennych naszyjników.
- To kogoś musiało na serio ściąć na twój widok. – powiedział z zawadiackim uśmieszkiem i sądząc, że nie słyszę, dodał ciszej – i wcale się nie dziwię. – zaczerwieniłam się i wyjęłam bilecik.
„Jesteś pewna, że to ten jedyny? Jeżeli tak, to bądź szczęśliwa z nim. Może kiedyś się ujawnię. A.”
 Kto mógłby być tym tajemniczym Panem A. Adam, Adrian, Antoni? Nie mam pojęcia. W tych wszystkich rozmyśleniach tylko oddałam się w ramiona Morfeusza.

Nagle zobaczyłam dziwnie znajome miejsce. Zerwałam się
- Marcin czy my jedziemy….
- Tak – odpowiedział zanim skończyłam
- Czy to…
- No tak. – znowu to zrobił.
- Dasz mi skończyć, bo ja nie wiem czy masz na myśli to samo co ja… - powiedziałam lekko poirytowana.
- Uwielbiam jak się złościsz. – pokazał rząd białych zębów. – Nasz przystanek to Hotel Górski.
- Wiesz kiedy byłam ostatnio w tym hotelu?
- Mam nadzieję, że oszczędzisz mi szczegółów. – powiedział charakterystycznie unosząc brwi, za co dostał w żebra.
- Wracałam z meczu. Politechnika grała przeciwko Skrze. Tak jak chciałeś same ogólniki.
- A co tam było w bileciku jeśli mogę wiedzieć?
- Napisał, że kiedyś się ujawni. – nie mogłam powiedzieć środkowemu całej prawdy. Skąd mam wiedzieć, czy on jest tym jedynym. Dopiero co skończyłam nieudany związek z Arkiem. Marcin jest inny. Znamy się praktycznie na wylot, jesteśmy przyjaciółmi, ale czy to jest już miłość?

Zatrzymaliśmy się na parkingu. Marcin wyjął walizki z bagażnika, a ja pozwoliłam sobie na chwilę relaksu z moim małym uzależnieniem.
Oparta o maskę samochodu czekałam aż Marcin wróci po resztę rzeczy. W pewnym momencie usłyszałam za sobą rozmowę dwóch mężczyzn.
- Ty, to jest ta nowa Możdżona?
- No chyba tak, nie widziałem jej nigdy więc skąd mogę wiedzieć.
- Myślisz, że będzie nadętą paniusią jak te poprzednie po Hance?
- Miejmy nadzieję, że nie. W innym razie nasza zabawa będzie jedną wielką klapą.

Nie chciałam się odwracać, żeby nie zdradzić, że wszystko słyszałam. Jedno mnie zdenerwowało -  Marcin nie raczył mnie poinformować o mojej funkcji. Darzyliśmy się jakimś uczuciem, ale żadna deklaracja nie padła ani od niego, ani ode mnie.
- Już zdążyłaś zapalić?
- Przeszkadza? – zapytałam z nutką ironii.
- Na razie nie. Niedługo może. – odpowiedział tajemniczo.
- Mogę zadać ci pytanie? – powiedziałam gasząc papierosa. Środkowy tylko skinął głową na potwierdzenie. – Ile pań przedstawiałeś już swoim znajomym?
- Muszę teraz odpowiadać? To nie jest odpowiedni moment. – odpowiedział kiwając głową na dwóch kolegów spoglądających w naszą stronę. Dowiedziałam się do kogo należały głosy. Kurek i Winiarski. Jakoś nie przepadałam za pierwszym a drugi kiedyś ujął mnie słynnymi niebieskimi tęczówkami, jednak jest to już przereklamowane.

Wiedząc, że jestem obserwowana szłam za siatkarzem. Marcin się przywitał, a ja grzecznie zapoznałam. Zawsze sądziłam, że nie można oceniać książki po okładce. Jednak panom nie starczyła obserwacja moich pleców i dodatkowo zlustrowali „mój przód”.
Będąc już w pokoju odpaliłam kolejnego papierosa. Siedziałam na balkonie i rozmyślałam. Mogłabym zostać tak na zawsze. Niestety ktoś postanowił zakłócić mój spokój. Musiałam odłożyć w pół wypaloną fajkę i otworzyć natrętowi, którym okazał się Marcin. Co za niespodzianka!
- Karina nie idziesz na obiad? – zapytał.
- Nie mam ochoty. – odpowiedziałam, będąc już poza pokojem.
- Sądzisz, że to ci wystarczy? A poza tym chcesz się przeziębić? – wskazał na papierosa, którego już miałam w ustach.
- Jak zgłodnieję to sobie zorganizuję jakieś jedzonko. Czy teraz jest odpowiedni moment na otrzymanie od ciebie odpowiedzi? – spytałam nagle.
- Karina naprawdę chcesz to wiedzieć?
- Tak, skoro jestem porównywana do poprzedniczek. – odpowiedziałam ze spokojem.
- Poprzedniczek? O czym ty mówisz? – zapytał zdziwiony.
- Twoi przemili koledzy „po cichu” rozmawiali sobie na twój temat.
- Miałem dwa epizody. Po akcji z Hanką całkowicie się pogubiłem. Szukałem wyłącznie przygód.
- Wybacz. Nie powinnam. – powiedziałam skruszona. Przytuliłam się mocno do jego klatki.
- Śmierdzisz. – powiedział ukazując rząd białych zębów.
- Bardzo śmieszne. Ty pewnie po treningu to fiołkami pachniesz.
- Ja mam dobry dezodorant. – wymienialibyśmy się tak jeszcze długo, gdyby nie telefon Marcina.
- Już się stęskniliście?
….
- No to zaraz będziemy

- U Kariny jestem. Już się zbieramy.


- Koniec żartów idziemy na obiad. Wszyscy na nas czekają. – powiedział, rozłączając się.
- Na nas? – zapytałam z niedowierzaniem.
- Tak, na nas. Poznałaś tylko dwóch kolegów, a na dole jest ich jeszcze trochę.
- Mamuniu, to ty mnie tu przywiozłeś na jakieś spotkania integracyjne! – przewróciłam teatralnie oczami i roześmiałam się dźwięcznie.
- Nie narzekaj tylko, się ogarnij. Jeszcze mi ich przestraszysz. – Spojrzałam w lustro i sama przestraszyłam się na swój widok. Szybko związałam warkoczyki w jeden duży dobierany warkocz i poprawiłam makijaż. Zobaczymy jak to się wszystko potoczy.






_._
No i jak tam po dłuższej przerwie??
Tęskniliście troszeczkę za Kariną? Powiedzcie, że tak.
Następne losy mam nadzieję, pojawią się troszeczkę szybciej. Jednak nic nie jest pewne...
See U do następnego :)

czwartek, 10 października 2013

9. Dziś jest magiczny dzień

Święta Bożego Narodzenia. Moje ulubione. Uwielbiam zapach choinki i dań przygotowywanych przez mamę i babcię. Każdy w Wigilię miał swoje obowiązki. Brat Gabryś z tatą ubierali choinkę i zawieszali  cukierki, mama z babcią okupowały kuchnię, a ja musiałam sprzątać. W tym roku wszystko jest inaczej. Moje obowiązki musiała przejąć mama, a Gabryś musiał sam uporać się z choinką. Oprócz reprymendy za późne przybycie czeka mnie poinformowanie o sytuacji z Arkiem. Mieliśmy razem być na wieczerzy w moim domu rodzinnym. Już w progu dociera do mnie zapach czerwonego barszczu i smażonej ryby. Wszyscy są tak zajęci, że nie zauważają mojej osoby. Podchodzę do mamy i obejmuję ją w pasie.
- Cześć mamuś – pocałowałam rodzicielkę w policzek.
- Karina, dziecko, czemu nie dałaś znać, że będziesz tak późno? – skarciła mnie mama – Dobrze, że jesteś cała i zdrowa. Arek przyjedzie później? – dodała zaciekawiona brakiem jego osoby.
- Nie mamo, on nie przyjedzie. – odpowiadam smutno. – Nasz związek nie przetrwał.
- Jak nie przetrwał? Przecież rzuciłaś wszystko i pojechałaś do niego. – powiedziała rozpaczliwie. – Co powiedzą ludzie? Już chwaliłam się zięciem, a ty mnie tak wystawiasz? – zaczęła podnosić głos. Nie cierpiałam tego. Zawsze bardziej martwiła się tym, co powiedzą ludzie niż moimi odczuciami. Nawet nie zapytała mnie, co takiego zrobił.
- Mamo jeżeli sądzisz, że zdanie innych mnie obchodzi to się mylisz. Nie będę żyła z kimś, kto mnie okłamuje. To, że ty potrafiłaś przemilczeć wybryki ojca, nie znaczy, że ja mogę robić to samo. – nie wytrzymałam i po raz kolejny wyrzuciłam mamie zdrady ojca. Nie powinnam tego robić. Hamuję się, widząc łzy w jej oczach. – Przepraszam nie powinnam. – mówię skruszona.
- Masz rację. To ja przepraszam.
- Dopiero przyjechała i już robi raban w całym domu – mówi babcia za moimi plecami. Szybko się odkręcam i ją przytulam. – Dobrze, że już jesteś. Niedługo zaczynamy.
- Dlaczego tak wcześnie? Jest dopiero szesnasta. – mówię zdziwiona i dociera do mnie fakt – Mamo znowu masz na nocną zmianę?
- Tak, ktoś w szpitalu być musi.
- Idź się przebierz i zaczynamy. – powiedziała babcia i wzięła się za nakrywanie do stołu.
Jedzenie było pyszne, jak zwykle. Śpiewanie kolęd obowiązkowe. Gabryś się migał, ale w końcu także dołączył. Zanim mama wyruszyła do pracy otworzyliśmy prezenty. Wszyscy byli zadowoleni.
Poszłam się rozpakować i usłyszałam jak dzwoni mój telefon. Chyba to nie mój dzień na rozpakowanie wszystkich rzeczy z torby.
- Wesołych Świąt. Już po kolacji? – usłyszałam znajomy głos w słuchawce.
- Wesołych. – odpowiadam, uśmiechając się – Tak, wyjątkowo wcześnie bo mama musiała do pracy…
- To dobrze, wnioskuję, że teraz masz mnóstwo czasu, aby ze mną pogadać. Włączony laptop?
- Włączony – odpowiadam
- To do zobaczenia. – dodaje, a ja mam przed oczami jego zawadiacki wyraz twarzy. Szybko doskakuję do swojego komputera i włączam Skype. Już po chwili widzę jego białe zęby odznaczające się na tle ciemnej brody. Jednak widząc moją minę zmienia się także jego mimika. Wydaje się być zatroskany.
- Co się stało? Nie cieszysz się, że mnie widzisz?
- Cieszę, tylko pokłóciłam się z mamą. Wypomniałam jej zdrady ojca. – odpowiedziałam z skwaszoną miną.
- Dziś jest magiczny dzień. Wybaczy ci. – mówi na powrót się uśmiechając – a co do magii… Zajrzyj proszę do bocznej kieszonki swojej torby.  
Posłusznie wstaję i robię to, o co prosił. Moim oczom ukazała się malutka ozdobna torebka. – nie zaglądaj do środka jeszcze, chciałbym widzieć wyraz twojej twarzy. – słyszę jego głos dochodzący z laptopa. Wracam więc przed kamerkę.
- Masz przy sobie prezent ode mnie? – pytam zaciekawiona.
- Mam, wszystko sobie zaplanowałem. Ty pierwsza, gdyż panie mają pierwszeństwo.
- Dobra.
Gdy tylko otworzyłam torebkę, moim oczom ukazała się piękna srebrna bransoletka z dwiema zawieszkami. Jedna była w kształcie piłki siatkowej a druga mikrofonu.
- Mam nadzieję, że jeszcze kilka zawieszek się na niej znajdzie. – powiedział Marcin wyrywając mnie z zachwytu.
- Na pewno – udaje mi się w końcu powiedzieć cokolwiek. – Jest piękna, dziękuję. Teraz twoja kolej – mówię, nie mogąc się doczekać jego miny. Widok jest niesamowity. Na początku zastanawiał się, co to może być, ale kiedy ujrzał maszynkę do golenia ukrytą za szkłem w drewnianej ramce z podpisem „W razie potrzeby zbij szybkę”, jego szeroki do tej pory uśmiech zmienił się na jeszcze szerszy.
- Wydaje mi się, że to się nigdy nie zdarzy. – mówi rozbawiony
- No ja myślę. – mówię ciesząc się, że prezent był trafiony.
- Mam nadzieję, że nie planowałaś nic na sylwestra
- Tak jak prosiłeś. Nic nie planowałam.
- Mogłabyś przyjechać do Łubina kilka dni przed sylwestrem?
- Kilka czyli ile?
- Najszybciej jak tylko będziesz mogła – mówi z figlarnym uśmieszkiem. Ja jednak nie jestem aż tak zadowolona, gdyż mam kilka spraw do załatwienia.
- Jak tylko mi się uda wszystko załatwić w czasie to się odezwę.
- Przepraszam wzywają mnie. Uważaj na zwierzęta, dziś mówią ludzkim głosem.
- Będę uważała. Pa.
Wyłączyłam laptopa i z zamyśleniem oglądałam prezent od kapitana naszej drużyny. Co tak naprawdę nim kieruje? Czy on faktycznie coś do mnie czuje? To jest niemożliwe… W tak krótkim czasie?
A co mną kieruje? Niedawno zostałam zraniona przez osobę, którą kochałam. Właśnie kochałam czy tylko mi się wydawało? Sama już nie wiem. Wszystko mi się już miesza…. Od zawsze Marcin był dla mnie autorytetem. Jego wypowiedzi podczas wywiadów zawsze były rozsądne. On jest inny niż reszta siatkarzy. Jest w nim to coś, czego nie umiem określić.  Nie wiem, sama już nie wiem…
- Ja już wychodzę – wpadł do pokoju mój młodszy brat czym wytrącił mnie z zamyśleń.
- Czekaj też się zbieram. Zaraz zadzwonię do Pameli, czy też już rusza.
Wyszliśmy na pasterkę. Spacer o tej porze w Wigilię jest jak orzeźwienie w upalny dzień. Umówiłam się z Pamelą, a Gabryś jakby wiedział, że chcemy pogadać zniknął gdzieś z pola widzenia.
Na początku oczywiście wymieniłyśmy uprzejmości. Wypytałyśmy o święta, rodzinę. Nie obyło się bez pytania o środkowego.
- Wszystko w porządku. – powiedziałam i dotknęłam machinalnie ust wspominając ten prezent, który sprawił mi Marcin przed przyjazdem tutaj. Szybko zeszłam na ziemię widząc pytający wzrok Pameli.
- No co? – udałam, że nie wiem, o co chodzi.
- Ty się pytasz co? Całowałaś się z nim i nawet się nie chwalisz?
- Pamela, a czym  się chwalić. Byłyśmy z Hanią u niego kilka dni. Odwiózł nas. Kupiłam mu prezent. On nie miał nic w zamian i tak jakoś wyszło…
- Tak jakoś wyszło? – wybuchła przyjaciółka. Szybko się zreflektowała gdyż coraz więcej osób kierowało się w stronę kościoła razem z nami. – Kobieto dajesz mu prezent, on w zamian cię całuje, a ty mi mówisz, że tak jakoś wyszło? To jest kapitan naszej reprezentacji. Siatkarz, a u nas w Polsce oni są rozchwytywani, adorowani.
- Przesadzasz. On jest taki sam jak my. Uspokój się.
- Ty chyba nie rozumiesz.
- Czego nie rozumiem? Ty się chyba zapędzasz. On się nad nikim nie wywyższa. Wiem, że jest twoim idolem jak wszyscy w reprezentacji, ale nie traktuj ich jak coś nieosiągalnego. Kończmy tę rozmowę.
- Dobra, ale w drodze powrotnej do tego wrócimy – powiedziała grożąc mi palcem jak małej dziewczynce.
Na moje szczęście spotkałyśmy dziewczyny z chóru i powspominałyśmy stare dzieje. Dobrze było widzieć, że się układa moim drogim koleżankom. Zawsze cieszyłam się z ich szczęścia. Teraz i moje szczęście jest powoli odbudowywane. Dzięki Marcinowi. Jeszcze kilka dni i będziemy się widzieli. Nie mogę się doczekać….

Już dziś zobaczę roześmianą buźkę środkowego... Jeszcze tylko spakować ostatnią torbę do samochodu i mogę ruszać. Niestety wychodząc z domu widzę, że to nie będzie spokojna podróż. Jego sylwetkę poznam wszędzie.


                                                           
Udało się. Zebrała się w sobie i powstał kolejny rozdział.
Mam wrażenie, że jest bez szału. Jednak ocenicie sami.

Przy pomocy Oli jakoś to ujrzało światło dzienne...
Trzymajcie się do kolejnego. Buziaki :*

piątek, 16 sierpnia 2013

8. Czy to jest przyjaźń czy to jest kochanie?

Gdy otworzyłam oczy, zobaczyłam nad moją twarzą Hanię tulącą się do Felipe Fontelesa, tego Filipe Fontelesa.
-Ona jest za młoda. – wyrwało mi się, zanim jeszcze otrząsnęłam się z szoku. Marcin skwitował to tylko zdawkowym półuśmiechem. Przeprosiłam za zamieszanie, a w duchu podziękowałam Bogu, że nikt nie testował na mnie swojej wiedzy na temat pierwszej pomocy.
- Kto wygrywał? – rzuciłam, kiedy dowiedziałam się, że ciągnęli losy, kto ma zostać moim doktorem.
- Antek – powiedział ze zrezygnowaniem Marcin.
-To ja mdleje znowu! – zaśmiałam się, a wszyscy oprócz Marcina poszli w moje ślady.
Hania złapała dobry kontakt z Filipe. Jak oni się dogadują, nie wiem. Lubią się i to jest najważniejsze. Ja też zapomniałam o problemach, mam nowych znajomych. Jutro Wigilia, trzeba się otwierać uczuciowo. Szlag. Jestem tutaj i nie mam prezentu dla pana domu.
- Która jest w ogóle godzina?
- Osiemnasta  – odpowiedział Piotrek Gacek. – A co zabierasz księżniczkę tak wcześnie?
- Nie, jeśli Hania nie chce spać, nie musi. Tak, Malutka?
- Tak. Jestem już duża i mogę iść spać o której chcę. – odpowiedziała, biegnąc od jednego wielkoluda do drugiego. Wyłączyłam się i zastanawiałam, jak mam zniknąć na kilka chwil. Wybrałabym się do galerii i kupiła kilka drobiazgów. Poprosiłam Gacka na bok.
- Piotrek mam pytanie. Mógłbyś mnie podwieźć do galerii?
- No jasne. Poczekaj chwilę, coś wymyślę.
- Marcin, muszę wyjść na chwilę. Nie będzie Ci przeszkadzać jak zniknę?
- Nie, śmiało. Trafisz?
- Tak, Piotrek mi pomoże.
Szybko zjawiliśmy się w galerii. Hani kupiłam książkę o przygodach niesfornego chłopca o imieniu Mikołajek, rodzicom - perfumy. Miałam problem z prezentem dla brata, który wybrał się na Politechnikę Rzeszowską, dla Marcina też jeszcze nic nie wybrałam.
- Piotrek, a Twoja żona nie ma nic przeciwko?
- Przeciwko czemu?
- Twoim zakupom ze mną?
- Sam przy okazji sam kupiłem prezenty dla rodziny. Mogę Cię prosić o przysługę?
- Słucham. - Kiwnęłam głową, a w duchu zaczęłam rozważać, czego może potrzebować ode mnie kędzierzyński libero.
- Nie kupiłem nic dla żony. Jesteś kobietą, masz intuicję, może pomożesz mi coś wybrać?
- Piotruś jeszcze się pytasz… - przytuliłam go i poszliśmy do jubilera. Zdecydowaliśmy się na piękną, srebrną bransoletkę z kryształowymi zawieszkami . Mam nadzieję, że się spodoba Pani Gacek.
- Komuś jeszcze coś kupujemy?
- Mój brat… - westchnęłam ciężko, bo nadal nie miałam żadnego pomysłu na prezent.
- Czym się zajmuje?
- Studiuje elektronikę i robotykę czy coś w ten deseń.
- Widziałem gdzieś jakiś zestaw dla początkującego elektryka - rzucił, wzruszając ramionami
- To może być, prowadź wodzu – zaśmiałam się.
- Marcinowi już coś wybrałaś? - spytał z dziwnym błyskiem w oku, a na jego ustach wykwitł półuśmiech, kiedy usłyszał odpowiedź.
- Mam pomysł.
Pomimo dużej ilości zakupów, w galerii byliśmy stosunkowo krótko. O 21 zawitaliśmy ponownie do mieszkania. Wszyscy bawili się znakomicie. Na macie do tańczenia, leżącej przed telewizorem szalała Hania z Marcinem, którzy nawet nie zauważyli, że wróciliśmy.
- Ciocia! – krzyknęła mała, jak tylko mnie ujrzała. – Gdzie ty byłaś tak długo?
- Tu i tam. Miałam coś do załatwienia. A jak się ty bawiłaś? Nie zanudzili cię?
- Jest super, tylko jestem troszkę zmęczona. – powiedziała i potarła piąstkami oczy.
- Idź do łazienki, zaraz do ciebie przyjdę. – powiedziałam, zbierając puste opakowania po chipsach i miskę po sałatce. Zaniosłam to wszystko do kuchni i już miałam dołączyć do Hani gdy drogę zablokował mi Rouzier.
- Czy ciebie i Marcina coś łączy? – jego pytanie wprowadziło mnie w totalne osłupienie.
- Skąd ci przyszedł taki pomysł do głowy? Jesteśmy dobrymi znajomymi. Dopiero się poznajemy, tak naprawdę. – gdy zobaczyłam jego szelmowski uśmiech zorientowałam się, że badał tylko podłoże. – Antek, jeżeli chcesz szukać szczęścia, proszę bardzo, ale ja ci w tym nie pomogę. Teraz wybacz Hania na mnie czeka.
Zadowolona Hania siedziała już w łóżku i czekała na wspólne czytanie. Widocznie musiała być bardzo zmęczona, bowiem już po pierwszej stronie jej oddech się uspokoił, a myśli przeniosły się gdzieś w krainę bajek. Wyglądała tak pięknie. Uśmiechnięta i wtulona w misia nie była świadoma, co ją będzie czekało w realnym świecie. Wpatrzona w nią straciłam rachubę czasu, byłam głucha na to, co dzieje się wokół mnie. Zaczęłam rozmyślać nad moim życiem. Jedna samotna łza spłynęła po moim policzku, na myśl o tym, że mogłam już nosić taką małą kruszynkę pod swoim sercem.
- Nie płacz. Mimo, że masz później piękne oczy, to nie płacz. – usłyszałam męski głos
- Wystraszyłeś mnie. Długo tu stoisz?
- Byłaś taka rozmarzona, nie chciałem ci przeszkadzać. – uśmiechnął się i dodał.- To taki piękny obrazek, chciałbym się do niego przyzwyczaić.
- Lepiej się nie przyzwyczajaj.
- Dlaczego? – zapytał z udawanym zdziwieniem powoli przysuwając się do mnie.
- Mała musi wrócić do swojego taty. Jutro nas odwieziesz, tak?
- Tak, odwiozę… chociaż zrobię to z ciężkim sercem. -westchnął.
- Widzisz zapomniałabym. Mam coś dla ciebie, ale obiecaj, że otworzysz to jutro. – uśmiechnęłam się i pogroziłam palcem, podając mu pakunek.
- Dziękuję, a ja znów nic dla ciebie nie mam!
- Nie smuć się, coś wymyślisz. – przytuliłam go.
- Ale słodko, zaraz zwrócę te cudowne koreczki. – przerwał ten stan podpity Wiśnia.
- Dobra, już wracamy. Trzeba was trochę przystopować. Jesteście już chyba wystarczająco wstawieni. – spojrzałam znacząco i się uśmiechnęłam.
Marcin odwiózł nas pod mój blok i przepakowywaliśmy się do mojej „srebrnej strzały”.
- Podobało ci się? - spytał Marcin Hani
- Bardzo. - uśmiechnęła się szeroko.
- Cieszę się, że ci się podobało. Będziesz mogła przyjeżdżać z Kariną, kiedy tylko będziesz chciała.
- Ciociu, kiedy pojedziemy? - spojrzała na mnie z błagalną minką.
- Jak będziesz miała ferie, podoba się?
- Bardzo.
- Tobie też? – zwróciłam się do Marcina
- Ekstra. A teraz mogłabyś jeszcze na chwilę wysiąść?
- Jasne. – stanęłam blisko, zbyt blisko. Czułam jego oddech na policzku.
- Hania, zobacz! Tam chyba jedzie cyrk. - Zanim się zorientowałam usta Marcina dotykały moich, a w brzuchu motyle zaczęły tańczyć poloneza. Odwzajemniłam pocałunek, a dłonie położyłam na jego brodzie. Całował tak delikatnie, jakbym była porcelanową laleczką, którą każdy bardziej stanowczy ruch może uszkodzić. Wspięłam się na palce, aby być chociaż troszeczkę wyższą. Marcin jednak odsunął się ode mnie, ale jego oczy były przymknięte, jakby uczył się tego pocałunku na pamięć.
- To był mój prezent świąteczny.
- Dziękuję. - powiedziałam zdziwiona - Był cudowny.- Zaczerwieniłam się i musnęłam ponownie jego usta.
-Dziękuję – szepnęłam ponownie, odsuwając się od mężczyzny.
- Mam prośbę, nie planuj nic na sylwestra. Wesołych świąt. – rzucił na pożegnanie. Nachylił się nade mną, jakby chciał mnie znów pocałować. Nie zrobił tego, położył głowę na moim ramieniu i zaciągnął się zapachem moich włosów, a później odszedł, zostawiając mnie samą. Chociaż może nie samą… towarzyszyły mi miliony myśli.

Wsiadłam do auta cała w skowronkach. W radiu leciały świąteczne piosenki, razem z Hanią wtórowałyśmy wykonawcom.
- Widziałam, co zrobił wujek.
- Nie ładnie podglądać. – w żartach pogroziłam jej palcem
- Wiem, przepraszam. – zrobiła smutną minę a ja zaśmiałam się pod nosem, po chwili usłyszałam jej cichy śmiech.
- O zobacz, tata już czeka. – wysiadłyśmy i przekazałam Hanię Wojtkowi.
- U Hani w torbie na dnie jest prezent od Mikołaja. Połóż go pod choinką jak będzie zajęta. Lecę bo mama czeka. Wesołych Świąt.
- Czekaj Karina. Co robisz w sylwestra, może byś zajrzała do nas?
- Przepraszam, nie mogę przyjąć twojego zaproszenia.
- Wujek prosił ciocię żeby nic nie planowała. Nie powiem co robili na pożegnanie.
- Hania… - Wojtek pogroził małej palcem. – Cieszę się, że ci się układa. Wesołych Świąt. Pozdrów w domu wszystkich.
- Dziękuję i ty także pozdrów. Pa.





                                                                                   
Tak o to utworzyłam coś. Wielką pomocą okazała się moja znajoma. Od niedawna jest moim stylistą słownym :P :)
Buziaki :*:*:*

niedziela, 14 lipca 2013

7. Goście, goście i po gościach

Dochodziła dwudziesta. Brodatego nie było. Zrobiłam prowizoryczną sałatkę, żeby głodomory miały co jeść. Ten duży i ten mały. Hania nadal szalała w rytm muzyki. Skąd ona bierze tyle energii. Zaczęła lecieć jedna z tych piosenek, przy których nie dane mi siedzieć. Backstreet Boys i ich „Get down” zawsze wprawiają mnie w ruch.
- Hania teraz tyłeczkiem tak jak cię uczyłam. I w dół, i w dół a teraz obrót. Ślicznie. – Piosenka dobiegała końca. Mogę już odpocząć naprawdę. – Ciocia teraz usiądzie. Parkiet należy do ciebie, słońce. Wanatówna tak szalała, że boję się o konkurencję. Uśmiechnęłam się na jej widok i klapłam na sofie. Nagle obok pojawił się Marcin.
- Fajny układ. Najbardziej podoba mi się ta część z tyłeczkiem. – uśmiechnął się poruszając znacząco brwiami.
- Ej, długo już jesteś?
- Wystarczająco długo. W dodatku nie sam.
- Jak to? – zapytałam zdziwiona. – Nie mogłeś mnie uprzedzić? Bym się jakoś ubrała normalnie.
- Dobrze jest. Robiłaś coś do jedzenia, bo jak nie to zamawiamy pizze.
- Daj spokój z pizzą. Zrobiłam sałatkę a jak chcesz to mogę jeszcze ciasteczka upiec. Mam przypływ kucharzenia. A w twojej kuchni to sama przyjemność.
- Dobra, dobra. Nie podlizuj się. I tak nie ominie cię. Za godzinę dojdzie jeszcze kilku. Na razie jest tylko jeden. – Kurcze już myślałam, że dziś da sobie spokój. Jutro by mogli przyjść jego koledzy. Wtedy dłużej bym pobawiła się w kucharkę. Ubrała normalnie. – Jednak ciasteczka kusząca propozycja. Ile będzie trzeba na nie czekać?
- Wydaje mi się, że będą gotowe na przybycie TWOICH gości. -  powiedziałam wyraźnie akcentując przedostatnie słowo. – Hania idziesz ze mną na zakupy?
- A daleko? Bo się troszkę zmęczyłam tym tańczeniem.
- Nie daleko. Zaraz za rogiem jest sklep osiedlowy. – odpowiedział Marcin kucając przy Małej – wiesz Hania jak pójdziesz z ciocią to szybciej pójdą jej te zakupy, bo inaczej to z godzinę będzie się zastanawiała nad wyborem cukru – powiedział puszczając mi oczko. Ja zrobiłam tylko naburmuszoną minę a Hania zaśmiała się dźwięcznie.
- No dobra. Pójdę. – odpowiedziała i poszła ubierać kurtkę.
- Za te zakupy to nie dostaniesz ciasteczek. A ty i twój gość zjedzcie tę sałatkę jest w lodówce. – powiedziałam gdy Hania nas nie słuchała -  Uważaj tylko żebyś się nie zadławił – dodałam z cwaniackim uśmiechem zakładając już buty.
Gdy wychodziłam usłyszałam jak jego tajemniczy gość wyłaniał się z toalety. Niestety nie było mi dane zobaczyć kto to taki przybył razem z Marcinem. W sklepie poszło nam szybciutko. Zadziwiające jak szybko środkowy złapał dobry kontakt z Hanią. Mała dogaduje się z nim lepiej niż ze mną. Nie, nie jestem zazdrosna. Nawet dobrze, że się go nie boi jak mnie na początku. Z zamyślenia wyrwał mnie Marcin.
- Karina, ziemia do ciebie.
- Tak jestem, ląduję. – zaśmiałam się – O co chodzi?
- Dziś ci się jednak upiekło
- Raczej się nie upiekło – uśmiechnęłam się wskazując na reklamówkę z zakupami z czego powstać miały ciasteczka śmietanowe. – Testowałeś sałatkę na swoim gościu i odwołałeś dzisiejsze spotkanie?
- Tak mamy trupa w szafie, odwołałem gości bo nie zdążyłbym go sprzątnąć…
- Jakiego trupa? – zapytała wystraszona lekko Hania
- Żadnego trupa, wujek żartował. Ty chyba śpiąca już jesteś, co?
- Trochę mi się oczy zamykają, ale jak potrzymam paluszkami to jeszcze mogę nie spać.
                Roześmialiśmy się i stwierdziliśmy zgodnie, że zrobimy sobie „pidżama party”. Oczywiście tylko we trójkę. Nie wnikałam dlaczego towarzystwo się nie pojawiło. Za to jutro będę już przygotowana. Teraz siedzimy oglądamy „Króla Lwa”. Wszyscy w pidżamach, chociaż Marcin wyglądał jakby miał zaraz iść biegać. Jak zwykle w chwili śmierci Mufasy łezka kręci mi się w oku. Hania niestety nie obejrzała finału. Odpłynęła zaraz po tym jak Simba został odnaleziony przez swoją przyjaciółkę. Marcin odniósł ją do naszego tymczasowego pokoju a ja poszłam do kuchni nastawić wodę na herbatę.
- Co robisz? – zapytał wchodząc do kuchni.
- Musisz straszyć? Zawału można dostać – złapałam się za klatkę – nastawiam wodę na herbatę.
- Nie nastawiaj.
- Że co? – zapytałam zdziwiona.
- To, że kupiłem coś mocniejszego.
- Ty chcesz, żebym popadła w alkoholizm? – zadałam pytanie retoryczne – Idę zapalić. Gdzie masz balkon?
- Nie mam.
- Jak to nie masz? Jak można nie mieć balkonu w mieszkaniu?
- Normalnie. Najwyżej nie zapalisz.
- Zapalę, idę na zewnątrz w takim razie.
- O nie, nigdzie nie idziesz. Siadaj otwieraj okno a ja idę po piweczko.
- Widzisz, że rozwiązanie się znalazło – powiedziałam z uśmiechem.
- Nie wiedziałem jakie piwo lubisz więc wziąłem ci Desperadosa.
- Ujdzie. Piłam gorsze. – znów pokazałam swoje zęby i zaciągnęłam się papierosem mentolowym.
- Ja się o ciebie martwię a ty tylko kpisz. Chcesz dostać?
- O już się boję. – powiedziałam z ironią patrząc się w czarną otchłań za oknem. Oczywiście, żeby nie śmierdziało włączony został okap i okno uchyliłam. Zdążyłam wypowiedzieć te słowa a już Marcin znalazł się obok i wyrwał mi prawie całego papierosa zmoczył go i wyrzucił. Ja w wielkim szoku nie mogłam się ruszyć, przecież to były żarty.
Niestety na papierosie się nie skończyło. Tą lekko zamoczoną dłonią ochlapał mi twarz i dodał z uśmiechem.- Lepiej zacznij. – Uwierzcie mi gdyby nie ten uśmiech na serio zaczęłabym się bać.
- Yhy. Zobacz jak się cała trzęsę – mówiłam idąc w stronę zlewu. Nalałam w szklankę wody i miałam się napić gdy przyszedł mi do głowy szaleńczy plan. Podeszłam do niego, on siedział oglądając dalej bajkę z piweczkiem w ręku, zatrzęsłam lekko ręką i jego zawartość wylała się na głowę i nogi. Ogółem rzecz biorąc wylałam całą szklaneczkę na naszego środkowego.
Zerwał się na równe nogi i zanim ogarnął co się działo ja zaczęłam uciekać. Na próżno próbowałam zamknąć się w łazience. Dopadł mnie podczas zatrzaskiwania drzwi. Pospiesznie chwyciłam słuchawkę prysznica.
- Nawet nie myśl podchodzić bliżej.
- Bo co? Odkręcisz kurek i woda będzie leciała?
- Żebyś wiedział.
- Nie masz co się trudzić, jestem szybszy – powiedział zbliżając się w moją stronę. Faktycznie był szybszy. Złapał mnie i aby mieć większą przyjemność powolnymi ruchami kierował słuchawką po mojej głowie. Stałam spokojnie, ale pękłam i popchnęłam go do wanny. W efekcie wylądowałam między jego nogami w wannie cała mokra. Zaczęliśmy się śmiać.
- Marcin już spokój – klepnęłam go po udzie – Hania przecież śpi.
- Dobra, już. Czekaj jakoś się przekręcę. – Tak się wiercił, że dostałam w twarz od siatkarza. Na szczęście tylko lekko, jednak nie zaszkodzi wprowadzić dramatu.
- Ała – jęknęłam na co brodaty zareagował jak poparzony. Szybko odwrócił się w moją stronę. Zwinnie to uczynił abym znowu nie ucierpiała. – Mam wszystkie zęby? – chciałam rozładować napięcie. On pokiwał tylko głową i delikatnie dotknął mojego policzka. Jego oczy były przepełnione troską i wielkim uczuciem. Kiedyś marzyłam o takiej sytuacji gdzie głównym bohaterem był właśnie nasz środkowy. Sparaliżowana czekałam chociaż przeczuwałam co się wydarzy. Nie ruszyłam się nawet o milimetr. Jego twarz była coraz bliżej. Już niewiele brakowało.

                Właśnie siedzę na kanapie z Hanią i czytamy „Kajtkowe przygody”, ciasteczka w piekarniku. Marcina nie ma. Mam nadzieję, że mnie uprzedzi czy wróci sam. Jak pomyślałam tak za chwilę odezwał się mój telefon.
- No co tam?
….
- Ok. To już jest wszystko gotowe. Do zobaczenia.
Nasze relacje po wczorajszym się nie zmieniły na szczęście. Nie lubię takich dziwnych relacji a na pewno nie przebolałabym gdyby tak było.
- Chodź Hania ciocia się ogarnie.
- Wujek już wraca?
- Tak, z gośćmi.
- Ja też muszę się zgarnąć. – Na te słowa się tylko uśmiechnęłam.
- To idziemy.
Gdy przeglądałam swoje ubrania aby ubrać się normalnie Hania zagięła mnie pytaniem…
- Ciocia kochasz wujka? – oczy jak pięć złotych można było zauważyć u mnie.
- Nic takiego nie zanotowałam ostatnio. Jednego jestem pewna, ty zagościłaś w moim serduszku i nikt więcej się nie zmieści. – odpowiedziałam opanowując zdziwienie.
- Dobrze i szkoda.
- Dlaczego?
- Dobrze bo tatuś oprócz mnie też nie kocha nikogo a szkoda, że nikt się już nie zmieści w twoim serduszku ciocia. – znowu mnie zagięła.
- Kochanie – przykucnęłam – twój tatuś i ja kiedyś bardzo mocno darzyliśmy się uczuciem. Nie wyszło i na szczęście jesteś ty. – pacnęłam lekko jej noska a moje oczy się zaszkliły. Szybko się odwróciłam nie chciałam, żeby widziała jak mi przykro, że kiedyś nam nie wyszło. Pomyślałaby, że to przez nią, a ona nie jest niczemu winna.
- Dobrze ciociu, że się nie gniewasz na tatę. – powiedziała wtulając we mnie swoją twarzyczkę. Kocham tę malutką istotkę. Nasze tkwienie w stanie czułości przerwał dźwięk przekręcanych kluczy.
- Hania zamykamy szybko drzwi. Jesteś gotowa?
- Nie
- No to szybciutko. – roześmiałam się. Ja stałam w samym staniku a Hania była bez spódniczki. Marcin wchodząc zapytał gdzie jesteśmy.
- U nas – odkrzyknęłam – ciastka wyjmij z piekarnika bo czuję, że są gotowe i z lodówki weź koreczki. Zaraz wstawię zapiekankę do podgrzania.
Teraz dopiero się zaczęłam bać tego spotkania. Moje rude warkoczyki spięłam gumką wysoko w nieładzie. Za drzwiami było słychać wiele męskich głosów. Nerwy biorą górę.
- Ciocia denerwujesz się?
- Nawet nie wiem malutka jak bardzo.
- Nie ma czego to tylko duzi faceci jak wujek. Tak przynajmniej mi tłumaczył. – uśmiechnęłam się na te słowa.
- Dobra kochana to idź wybadaj teren a ja musze tu sprzątnąć bo zrobiłyśmy lekki bałagan. – Hania zniknęła i usłyszałam wielkie poruszenie. Zrobiła na nich wrażenie. Tak przynajmniej wnioskuję po odgłosach.
Wychodząc z pokoju potknęłam się o duże buty w przedpokoju i runęłam jak długa robiąc hałasu sporo i uderzyłam głową o coś twardego. Ostatnie co słyszałam to swoje imię powtarzane przez Marcina i krzyk Hani.

niedziela, 2 czerwca 2013

6. Jestem z Tobą bezpieczna?

Ugryzłam dziada w palce. Odwróciłam się, żeby spojrzeć mu w twarz. To co zobaczyłam wmurowało mnie kompletnie. Ten sapiący mi do ucha facet to mój szef. Sądziłam, że wyszedł. Pomyliłam się. Strasznie napierał na mnie. Czułam jego męskość. Próbowałam się szarpać jednak on był silniejszy.
- Nie wierć się tak – powiedział rozpinając moją bluzkę. – Wiem, że tego chcesz. Widzę jak na mnie patrzysz. – łzy ściekały mi po policzkach a on drugą ręką zaczął dotykać moich piersi. Cały czas miał złowrogi uśmieszek na twarzy. To nie było przyjemne. Robił to z taką zachłannością i szaleństwem w oczach. Nagle było słychać dzwoneczki w drzwiach co oznacza, że ktoś wszedł.
- Zamknięte już. Nie widać tabliczki? – krzyknął w stronę drzwi. Skorzystałam z okazji i kopnęłam go w krocze. Uścisk się poluźnił i zaczęłam się znowu wyszarpywać. Mi się udało jednak moja garderoba szczęścia nie miała. Wypadłam na sklep jak szalona. Na środku stał Marcin. Gdy mnie zobaczył był w szoku. Ja złapałam jakąś kurtkę i torebkę. Łzy płynęły bez jakiejkolwiek mojej kontroli. Nie zwróciłam większej uwagi na poczynania środkowego, ale wydawało się, że zaciska pięści. Wzięłam go za rękę i pociągnęłam w stronę wyjścia.
- Karina ja tak nie mogę – zanim się zorientowałam on już był w środku. Usłyszałam tylko jak coś ogromnego pada na podłogę. Zaraz po tym wyszedł Marcin i masował dłoń. Przy samochodzie już się poddałam. Usiadłam przy kole i zapaliłam papierosa. Ręce mi się trzęsły a moje serce kołatało. Płacz zamienił się w lament. Brodaty przysiadł się i mnie próbował przytulić. Robił to tak nieudolnie, ale z wielkim uczuciem. Zamknął mnie w swoim uścisku i lekko kołysał. Poczułam się jak mała dziewczynka, która uderzyła się w nóżkę i mama próbuje uspokoić. Takie bezpieczeństwo jak w domu. To ciekawe bo jako małe dzieci sądziliśmy, że dom to twierdza, która obroni nas przed całym złem świata. Teraz tę twierdzę miałam w ramionach Marcina. Uspokoiłam się.
- Pokaż mi tę rękę – powiedziałam uświadamiając sobie, że ta moja twierdza się uszkodziła.
- Nic się nie stało. Trochę boli, ale przestanie.
- Jedziemy do szpitala. Ktoś musi to obejrzeć.
- Nie. Na początku jedziemy na policję. Przecież to była próba gwałtu.
- Wiem, że muszę. To idziemy na deal. Na policję pojedziemy, później od razu do szpitala.
 Zgłosiłam próbę gwałtu, Marcin także złożył zeznania jako świadek zdarzenia. Na pogotowiu powiedzieli, że ręka środkowego jest lekko obtłuczona. I do póki opuchlizna nie zejdzie to nie może trenować. Dostał zwolnienie.
- Jeju Marcin. Przeze mnie teraz nie możesz trenować. – powiedziałam idąc w stronę auta
- Karina uspokój się. I tak wziąłem urlop. Mam trzy dni wolnego. Wydaje mi się, że to nic groźnego. Jakby była taka sama sytuacja zrobiłbym to samo. Nawet nie waż się mieć wyrzuty sumienia. – Przytulił mnie mocno. Ja w podzięce stanęłam na palcach i pocałowałam go w policzek.
 - Dziękuję ty mój bohaterze. – powiedziałam i lekko się uśmiechnęłam. – jedźmy już do mnie bo głodna jestem. Zrobiłam pyszną sałateczkę.
- No jak jest pyszna to chętnie spróbuję. Może jakieś wino do tego?
- To zajedziemy do Tesco. – Marcin cały czas próbował wywołać uśmiech na mojej twarzy. Dzięki niemu pozbierałam się dość szybko i zapomniałam o całym tym zdarzeniu. Dobrze, że przyjechał po mnie. Nie wiem jakby się to skończyło.
Do mieszkania zawitaliśmy około 22. Jednak pod drzwiami spotkała mnie niespodzianka.
- Hania kochanie, co się stało? – zapytałam jak zobaczyłam zapłakaną dziewczynkę na schodach przy drzwiach mieszkania.
- Ciociu ja nie chcę do taty teraz. Mogę zostać u Ciebie?
- Tak rybeńko. To jest wujek Marcin. – mała  spojrzała na niego wielkimi zeszklonymi oczami.
- Wejdziesz z nim teraz do mojego mieszkania, dobrze? – Hanulka tylko pokiwała głową.Bałam się czy będzie chciała z nim zostać. Jednak się udało.
- Ja niedługo będę. – otworzyłam im drzwi i wzięłam siatkarza na stronę – Marcin idę do jej ojca dowiedzieć się kilku informacji. Weź..
- Nigdzie nie pójdziesz sama. Oszalałaś? Po tym co się stało mam sobie spokojnie na ciebie czekać?
- Marcin nie krzycz bo mała się wystraszy. Wojtek, bo tak się nazywa, mieszka w bloku obok. Teraz jestem już czujna. Kochany zajmij ją czymś, w lodówce jest sałatka, chleb w chlebaku. – zanim zniknęłam za drzwiami dałam mu całusa w policzek. Gdy byłam już przed blokiem zapaliłam papierosa i zaczęłam myśleć o tym wszystkim. Wtedy dopiero do mnie dotarło, że zwróciłam się do siatkarza per „kochany” i sprzedałam mu dzisiaj już drugiego całusa. Mam nadzieje, że nie potraktuje tego jak akt desperacji czy coś w ten deseń. Jednak te myśli musiałam odsunąć od siebie i zając się problemem Hani.
Mieszkanie Wojtka było otwarte. W salonie świeciło się lekko jakieś światło. Skierowałam kroki w tamtą stronę i zobaczyłam Wojtka we łzach. Był pijany więc podejrzewam najgorsze. Po wpadce z Jolką nie pił wódki. A właśnie dwie butelki po czystej stały  na ławie.
- Wojtek – powiedziałam lekko. Ten się tylko odwrócił i polał sobie kolejną porcję alkoholu. – Wojtek powiedz mi co się stało? – powiedziałam już bardziej stanowczym głosem.
- A skąd ci to przyszło do głowy? – powiedział z ironią w głosie. Wkurzył mnie tym, chyba sobie nie zdaje sprawy, że jego córki nawet nie ma w domu.
- Pytasz się skąd? Twoje dziecko całe w nerwach znalazłam u siebie pod drzwiami. I ty się mnie pytasz z ironią o takie błahostki? Ty nie pijasz takiej ilości alkoholu. Zastanów się nad sobą bo dziecko się ciebie boi. A teraz idziemy do kuchni. – zaczęłam krzyczeć na niego.
- Nigdzie nie idę. – powiedział i znowu się rozpłakał. – Hania jest u ciebie? Może i lepiej. Wiesz, ze przyszła tutaj?
- Kto? – zapytałam
- Jak to kto? Jolka. Po 7 latach sobie przypomniała, że ma córkę. Chce mi ją odebrać. Podobno nie umiem się nią zająć.
- Wiesz, ze takim sposobem dałeś jej dobry argument? Siedzisz zalany w trupa prawie, dziecko wychodzi a ty nawet nie reagujesz. Idę wezmę jej rzeczy. Ona zostaje u mnie.
- Ona ma taką ulubioną książeczkę. Zawsze nosi ją w plecaczku. – prawie wybełkotał. Weszłam do pokoju Hani i spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy. Na wieszaku w przedpokoju wisiały zapasowe klucze, które pozwoliłam sobie wziąć. Okryłam Wojtka kocem i wyszłam zamykając go aby nie został okradziony.
Szybkim krokiem wróciłam do Marcina i Hani. Siedzieli w dużym pokoju i zajęci byli oglądaniem jakiejś bajki, gdyby nie fakt, że drzwi wejściowe mam na wprost od tego pokoju to pewnie by nie zauważyli mojego powrotu.
- Ciocia! – krzyknęła mała i rzuciła mi się na szyję. Marcin oparł się o futrynę z zadowoloną miną. – Ten wujek jest strasznie duży. Próbowałam go zmierzyć na początku, ale nie starczyło mi linijki. – nie potrafiłam być poważna, choć powinnam, i wybuchłam śmiechem.
- Przepraszam kochanie – zwróciłam się do Hani – ten wujek już taki jest. Po prostu duży. – Marcin tez już nie wytrzymał i razem ze mną zanosił się śmiechem. – A czy ten wujek dał ci cos zjeść? – zapytałam podejrzliwie patrząc na środkowego.
- Tak. Jakąś mamałygę mi nałożył. Nawet dobra była. Jednak poczekałam chwilę aż sam wujek zje.
- Ok. to ząbki myjemy i spać.
Szybko mi poszło uśpienie małej.  Około pierwszej w nocy już byłam wolna.
- Jesteś śpiący?
- Nie, mimo zmęczenia spać mi się nie chce. Masz ochotę na to wino?
- w sumie możemy się napić. Mam nadzieję, że nie będziesz jechał z rana?
- Jak wypijemy to nie. To otwierać?
- No jasne. Chodź do kuchni. Nałożę sobie tej „mamałygi” jak to określił ten mały potworek. – i wybuchliśmy śmiechem. Po chwili musieliśmy się opanować, żeby Hani nie obudzić.
- No i co się dowiedziałaś? – zapytał Marcin przerywając ciszę. Streściłam mu po części o co chodzi mniej więcej w tym wszystkim. I wspólnie stwierdziliśmy, że pójdziemy do wesołego miasteczka, które akurat przyjechało. Hania będzie zadowolona. Już Nawet nie przenosiliśmy się do pokoju. Kuchnia to najlepsze miejsce na rozmowy każdego rodzaju. Wino zaczęło uderzać do głowy. Do tego doszedł papieros.
- Mogę jednego? – zapytał siatkarz, kiedy odpalałam LD mentolowego
- Tak jasne. – podałam mu paczkę. – od kiedy palisz?
- Nie palę. – odpowiedział całkiem poważnie -  no co tak patrzysz, od czasu do czasu zapalę a nie cały czas, jak ty. – i posłał mi kuksańca między żebra. Nie byłam mu dłużna. Biedny nawet odpalić papierosa nie mógł. – Poczekaj jak skończymy. Życia już nie masz.
- Chyba żartujesz. Dziecko śpi za ścianą a tobie się wygłupów zachciewa – powiedziałam śmiejąc się.
- Masz szczęście. Jeszcze się z tobą policzę. A tak nawiasem mówiąc może pojedziecie do mnie. Ja przekażę zwolnienie lekarskie trenerowi. Oderwiecie się od tego wszystkiego co się tu wydarzyło.
- Nie, Marcin. Już i tak dużo zrobiłeś. Przeze mnie nie możesz grać. A jak cos się stanie podczas przejazdu do Kędzierzyna? – zaczęłam jęczeć.
- Karina, nie zaczynaj. Tłumaczyłem ci, że zrobiłbym to jeszcze raz. I nie zakładaj od razu najgorszego. Ty ciągła optymistka takie rzeczy wygadujesz?
- A skąd niby wiesz, że ciągła optymistka? – zapytałam zaciekawiona.
- Oglądałem twoje zdjęcia na laptopie – powiedział zawstydzony – No i znalazłem trochę zdjęć swoich i moich kolegów – dodał już całkiem rozbawiony
- Ej, kochany mój kolego – powiedziałam oburzona gasząc fajkę – nie zapędziłeś się? Rozumiem miałeś pozwolenie na odpalenie kompa, ale nie na przeglądanie zdjęć. – znowu dostał kuksańca
- Kochana koleżanko, razem z Hanią woleliśmy oglądać twoje zdjęcia niż bajki. Przynajmniej rozładowałem napięcie. Mała była rozbawiona.
- Dobra niech wam będzie i tak już to zrobiliście. Na szczęście nie zdjęcia były ocenzurowane – puściłam mu oczko. – o ja cie. Już druga. Panie Marcinie zapraszam pana do salonu. Przygotuję spanie – powiedziałam udając kamerdynera.
- Jakubie sam mogę to uczynić – odpowiedział siatkarz i wybuchliśmy śmiechem.
- Cśiiii, Hania. – dodałam z wyrzutem. – to dam Ci pościel tylko.
- A musimy iść spać? Mamusiu jeszcze troszeczkę – powiedział udając małe dziecko
- Chcesz iść jutro do tego wesołego miasteczka? To trzeba mieć na nie siły. Już, do pokoju marsz. – odpowiedziałam jak matka i już mało brakowało, żebym znowu wybuchła śmiechem jednak się powstrzymałam.

Zostawiłam mu zapaloną lampkę i sama poszłam do swojego pokoju, gdzie smacznie spała Hania. Na szczęście się nie rozbudziła. Sen miałam niespokojny. Śniła mi się twarz mojego szefa, Arek i w dodatku załamany Wojtek. Widziałam i słyszałam we śnie Hanię zanoszącą się płaczem jakby to się działo na prawdę. W pewnym momencie wszystkie te złe chwile się ulotniły, Hania się uspokoiła i mój sen był odpoczynkiem. Poczułam się jak w domu. W swoim małym łóżeczku. Gdy się obudziłam zobaczyłam, że śpi z nami Marcin. To dlatego miałam wrażenie, że jestem w domu.
- Hej Marcin.. – lekko dotknęłam jego policzka. On nawet się nie ruszył. Postanowiłam jakoś przez niego przejść. Gdy próbowałam go nie obudzić, nieświadomie dźgnęłam go łokciem. Sorka, ale wygrzebać się z jego ramion było mi ciężko..
- AUĆ! – syknął.
- Przepraszam. – szybko odpowiedziałam i wyszłam z pokoju.
- Zawsze wstajesz tak wcześnie? – zapytał wchodząc za mną do kuchni.
- No tak. A ty zawsze dokładasz się do łóżka komuś?
- O co ci chodzi?
- No a jak myślisz? Bałeś się sam spać w pokoju? Było powiedzieć wcześniej, kanapa jest większa niż moje łóżko.
- W nocy Hania płakała a ty cała trzęsłaś się i byłaś mokra. Chciałem was przenieść. Hania szybko się uspokoiła, z tobą tak łatwo nie poszło i przycupnąłem na skrawku. Jednak jakoś się zmieściliśmy.
- Faktycznie miałam zły sen i myślałam, że płacz Hani mi się śni. Przepraszam. Jestem rozdrażniona.
- Rozumiem. Po tym co przeszłaś się nie dziwię. – przytulił mnie. Z tego stanu wyrwała nas Hania, tóra roześmiała się gdy nas zobaczyła.
- Ciociu ty masz piżamę tego wujka czy wujek ma twoją?
- Nie kochanie wujek ma swoją a ja swoją – uśmiechnęłam się i pokazałam jej spodenki. Faktycznie Marcin miał tylko dół a ja miałam za dużą koszulkę. – chodź ubierzemy się i zrobimy śniadanie.
- Ciociu czy wujek to twój chłopak? – zapytała mnie mała jak byłyśmy już w pokoju.
- Nie, to jest mój przyjaciel. Jeśli będzie moim chłopakiem to na pewno się  tym dowiesz pierwsza. A teraz trzeba się ubrać i mamy niespodziankę dla ciebie.
- Niespodziankę? – zapytała zadowolona – lubię niespodzianki.
- To dobrze. – uśmiechnęłam się do niej.
                Szybko się ogarnęliśmy i zjedliśmy śniadanie. Hania nie mogła się odczekać niespodzianki. Na nasze szczęście niespodzianka się udała. Mała była zadowolona. Marcin bardzo dobrze się z nią dogaduje. W ogóle cały nasz wypad do wesołego miasteczka się udał. Kiedy chciałam się zbierać już do domu okazało się, że Marcina nie ma. Dzwoniłam, ale nie odbierał. „No cóż – pomyślałam – jest dużym chłopcem. Trafi.” Przespacerowałyśmy się same. Hania nie domagała się spotkania z Wojtkiem. Z resztą wytłumaczyłam jej, że tata musi teraz odpocząć i nie można mu przeszkadzać.
Wchodząc do bloku wpadłyśmy na Marcina.
- Kiedyś ty się zmył?
- Już jakiś czas temu, poszłyście na watę cukrową. Idź tylko spakuj się, Hani rzeczy już są w samochodzie.
- Jak to? – zapytałam zdezorientowana.
- Tak to. Jedziemy do Kędzierzyna.
- A tatuś nie będzie krzyczał? – zapytała znienacka Hania.
- Zaraz zadzwonimy i się dowiemy. – byłam zła na Marcina, że postawił mnie przed faktem dokonanym. W dodatku Hania chyba chciała jechać. Musiał jej coś obiecać, tak mi się wydaje.
Wojtek nie miał nic przeciwko. Nawet pochwalił pomysł Marcina. Tak więc wyruszyliśmy do Kędzierzyna Koźle. Droga minęła nam spokojnie. Hania usnęła, mnie też sen morzył.
- Śpiochy wstajemy, jesteśmy już na miejscu. – poczułam lekkie muśnięcie po policzku.
- A tak dobrze mi się spało – przeciągnęłam się i wyszłam z auta. Marcin obudziła takim samym sposobem i Hanię. Ma podejście do dzieci.
- Wujek a kiedy poznam tych ogromnych ludzi, o których mi opowiadałeś? – zapytała Hania. Już teraz wiem co jej obiecał.
- Marcin kiedy miałeś zamiar mi powiedzieć? – zapytała dociekliwie nie pozwalając mu odpowiedzieć Hani.
- Ojeju Karina nie denerwuj się. Kiedyś mi opowiadałaś, że chciałaś poznać moich kumpli. Więc korzystaj.
- Naprawdę tak ci mówiłam?
- Naprawdę. Mówiłaś, że znasz większość siatkarzy z PW, ale takich sław jak są w ZAKSIE to jeszcze nie było Ci dane poznać. – uśmiechnął się od ucha do ucha, a ja nadal nie wiedziałam kiedy miała miejsce ta rozmowa. – Ja cie Karina, nie pamiętasz? To było na twojej imprezie urodzinowej. Pomyśl, że to jest dodatkowy prezent urodzinowy. To co dałem ci na prezent to był żenujący pomysł. Powinienem się bardziej postarać.
- Dobra, nie wracajmy już do tej imprezy. Chociaż był incydent to było super.
- Kto to jest ten cedent? – zapytała Hania przysłuchująca się naszej rozmowie. My się tylko uśmiechnęliśmy i już miałam jej wytłumaczyć jednak Marcin mnie wyprzedził.
- Incydent to nie miłe zdarzenie, które przynosi niekorzystne skutki. Na szczęście nie zapada w pamięci.
 - Aha. To lepiej, żeby te incydenty się nie zdarzały. – odpowiedziała i wzięła Marcina za rękę. – idziemy?
- Tak idziemy, tylko wezmę nasze torby. – Marcin wziął torby i Hanię na barana, ja musiałam tylko operować kluczami.
Gdy weszliśmy do lokum brodatego całkowicie oniemiałam. Barwy ścian były tak starannie dobrane, że czuło się wewnętrzny spokój. Kuchnia była w pewnym sensie połączona z salonem, te dwa pokoje przedzielone były wyspą. Marcin wskazał nam nasz dotychczasowy pokój a sam skierował się do swojej sypialni.
Nie wiem o której oni mają te treningi, ale jak tylko nam objaśnił co i jak to zniknął. My zajęłyśmy się sobą. Wyjęłam laptop, który zawsze mam przy sobie, załączyłam muzykę i szalałyśmy w rytm piosenek Earth, Wind & Fire.




Oki sorki za tak długą nieobecność, po prostu tworzyłam na nowo to co już kiedyś powstało. Próbuję dostosować się (poprawić) do każdej krytyki. Raczej się nie załamuję.

niedziela, 10 marca 2013

5. Nie chwal dnia przed zachodem słońca.


Mark spojrzał na mnie i powiedział – Karina, Today is the day of your birthday so it's a surprise for you. My gift for you is a private concert. I know you're our fan, so I agreed to come here today. All the best. - Na mojej twarzy banan był w wersji XXL a łzy szczęścia ściekały po policzkach. Co jak co, ale zapomnieć o swoich urodzinach? To tylko ja potrafię. Mark podszedł do mnie a w między czasie dwóch pozostałych z zespołu się stroiło. Foster złożył mi życzenia, ja grzecznie mu podziękowałam. Zaraz po nim pojawili się Marlena, Pamela, Piotrek, Krzysiek i Michał z Antkiem.
- Podoba Ci się niespodzianka? – zapytał Michał.
- Podoba i to bardzo. – ucałowałam jednego i drugiego w policzek. Michał i Antek to jedni z tych znajomych, którym ułożyło się życie zawodowe. Jeżdżą po świecie i występują na scenach obok gwiazd takich jak Bruno Mars czy Kings of Leon. Ciekawe co musieli zrobić aby ściągnąć tu, do Polski mój ulubiony zespół.
- Powiedzcie jak wam się to udało, no i jak bardzo musieliście kombinować aby mieć wolne?
- Oj Karina, łatwo nie było – wyszczerzył się Antek – a tak naprawdę to już od roku mieliśmy zaplanowaną te imprezę. Niestety tylko miejsce musieliśmy zmienić gdyż się wyprowadziłaś. Pamela z Marlena nam pomogły.
- Dziękuję wam kochani – jeszcze raz dostali całuska – a teraz przepraszam idę podziękować dziewczynom.
- Spoko, ale czekamy aż się z nami napijesz. – uśmiechnął się Michał.
- ok, znajdę was – i już kierowałam się w stronę dziewczyn.
                Impreza była przednia. Foster the People zaprezentował swoje największe hity i zeszli ze sceny. Dalszą część prowadził już DJ klubu. Nagle zobaczyłam Arka. Nie to nie może być prawda. Co on tutaj robi? Czy nie widzi, jak dobrze się bawię? Musi mi to psuć?
- Co tutaj robisz? – zapytałam gdy podszedł do mnie.
- Bawię się i chciałem złożyć ci życzenia. – powiedział pewny siebie.
- Dziękuję za życzenia a teraz muszę cię opuścić. – Jednak ten nie dawał za wygraną i złapał mnie za nadgarstek tak mocno, że musiałam się zgiąć w pół.
- Ała. To boli. Puszczaj. To jest moje święto i nie psuj mi go. Proszę. – próbowałam się wyrwać ostatkami sił.
- A wysłuchasz mnie czy nadal będziesz udawać, że wszystko jest w porządku. Czytałaś list?
- Tak czytałam. Dowiedziałam się co o mnie myślisz. A teraz prosisz o rozmowę? Śmieszny jesteś – prychnęłam mu prosto w twarz. Ten jeszcze mocniej mnie ścisnął.
- Wszystko w porządku? – Uff Marlena, dzięki Bogu.
- Nie, chce z nią porozmawiać i się nie wpierdalaj – teraz szarpnął mną z całej siły.
- Przepraszam, ale ona nie ma ochoty z tobą rozmawiać. – Nie wiem jak, ale nagle pojawił się Marcin. Objął mnie w pasie. Ja wtedy poczułam się bezpiecznie. Uwolnił mnie także z uścisku Arka. – Chodź kochanie, nie dałem ci jeszcze swojego prezentu. – Wow, takiego wyjścia z sytuacji bym się w życiu nie spodziewała. Arka spojrzenie jakby mogło to zabiło by nas na miejscu. Marlena stała osłupiała jak i ja.
- Już się pocieszyłaś? – wycedził Arek.
- Nie tak szybko jak ty. – i odeszliśmy od wściekłego Trecha.
                Marlena jak tylko się otrząsnęła zaczęła mnie przepraszać. Tłumaczyła, że impreza była zaplanowana już dawno i nikt się nie spodziewał, że Arek mnie zdradzi i będzie miał tupet aby się pokazać po tym wszystkim. Zapewniłam ją, że nic się nie stało i odwróciłam się, żeby podziękować mojemu wybawicielowi. Jednak nie było mi to dane bo zniknął tak szybko jak się pojawił. Poszłam więc do baru zamówiłam kilka drinków i wypiłam duszkiem. Lekko wcięta postanowiłam jeszcze zapalić papierosa. To jest moja ucieczka. Przy papierosie czuję się wyjęta z tego świata, liczy się cisza i delektowanie się tym dymem.
Jeden papieros to za mało. Musiałam przemyśleć to co się wydarzyło w środku. Właśnie zaczynałam trzeciego fajka jak wyszedł z klubu Marcin. Głupio mi się zrobiło.
- Palenie szkodzi – powiedział.
- Jestem tego zdania, że złego diabli nie biorą a na coś umrzeć trzeba – powiedziałam swoją stałą śpiewkę – Dziękuję za uratowanie mnie od tego cymbała – lekko się uśmiechnęłam.
- Nie ma za co. Właściwie przyszedłem tu na obiecaną kawę jednak o tej porze to chyba będzie zbyt absurdalne – powiedział pokazując swoje zęby.
- Fakt, pierwsza w nocy to nie czas na kawę. A skąd ty w ogóle wiedziałeś, że tu będę? – pijana potrafiłam być bezpośrednia.
- Byłem akurat dziś w galerii i zobaczyłem, jak stałaś w kolejce do kasy. Twoja znajoma była przed i rozmawiała z kimś przez telefon. Mówiła, że zaciągnie ciebie tutaj nawet siłą. Nie sądziłem, że to w związku z twoimi urodzinami. – było widać zakłopotanie na twarzy dwumetrowa. Na moje szczęście przykucnął przy mnie dzięki czemu nie mogłam się nabawić później bólu szyi.
- Nie ma sprawy. Może to zabrzmi dziwnie, ale sama zapomniałam o swoich urodzinach. – czułam jak rumieńce, które pojawiły się na mojej twarzy wraz z jego przybyciem , palą co raz bardziej. Papieros już dawno wylądował w popielniczce a nam rozmowa się nie kończyła. Dowiedziałam się co on w ogóle tutaj robi, dlaczego nie jest w Kędzierzynie. Opowiedziałam mu historię związaną z Arkiem i Wojtkiem, nie wiem dlaczego. On w zamian opowiedział mi swoje życie prywatne. Nagle wyszła Pamela.
- Karina, kurde tyle Cię szukałam, chodź.- i już mnie porwała do środka. Chyba nie zauważyła siatkarza, który kucał obok mnie.
-Przepraszam, ale muszę…  - tylko tyle zdążyłam powiedzieć w jego kierunku i już byłam wśród roztańczonych imprezowiczów.
                Drinki lały się jeden po drugim. Michał z Antkiem musieli wyrwać się zaraz około drugiej. Mark z chłopakami też zmyli się zaraz bo musieli wypocząć. Foster na pożegnanie mnie wycałował i zaprosił na koncerty. Jego koledzy także. Mili chłopcy, ale nie są przyzwyczajeni do takiego picia. Marcin siedział cały czas w miejscu zaciemnionym i podnosił rękę z drinkiem na znak picia za moje zdrowie i przesyłał mi swoje najpiękniejsze uśmiechy. Nie wiem jak mu się udało siedzieć i nie rozdawać autografów. Przecież jego nie da się nie zauważyć. Krzysiek znalazł sobie dziewczynę i bez mojej pomocy. Tą dziewczyną okazała się moja dawna znajoma ze studiów. Było tyle znajomych. Nie wiem czy ze wszystkimi zdążyłam zamienić chociaż słówko. Pewne jest to, że dziewczynom dziękowałam chyba ze sto razy. Osiemnasty listopad to był mój dzień relaksu i wielkiego świętowania.

- JEJU..!! Dlaczego tak jasno jest? – krzyknęłam, czego zaraz pożałowałam. Marlena zdzieliła mnie w ramię. A głowa pulsowała z bólu. Nie trzeba było tyle pić.
- Co chcesz na śniadanie? – spytała Marlena.
- Jakie śniadanie – spojrzałam na zegarek – chyba już późny obiad. Zobacz – pokazałam jej, że dochodzi piętnasta – A po drugie to woooody… - i poszłam do kuchni. Na szczęście miałam zapasy mineralnej.

O dwudziestej przyszła Pamela
- A gdzie Piotrka zgubiłaś? – zapytała Marlena
- Biedactwo siedzi jeszcze na uczelni, na szczęście miał na dwunastą to trochę pospał.
- Kac go nie męczył? – tym razem to ja zapytałam.
- Nie, on symbolicznie jednego wypił za Twoje zdrowie. No i był wstanie ogarnąć wszystko. Zabrał prezenty jakie wczoraj dostałaś.
- No i gdzie one są? – zapytała zaciekawiona bo zapomniałam o nich i to na pewno przez alkohol.
- Później Piotrek z nimi przyjdzie.
Godzinkę później pojawił się i Piotrek. Miał ze sobą kilkanaście torebeczek różnej wielkości i mały torcik. Odśpiewali mi ciche „sto lat” (kac morderca nie chciał ustąpić), które wcześniejszej nocy było śpiewane wielokrotnie.
- Dobra starczy już bo jeszcze przeżyje wasze wnuki. – zaśmiałam się.
To była skromna powtórka wczorajszej imprezy tylko zakrapiana soczkiem grejpfrutowym. Rozpakowałam prezenty. Dostałam dwie piękne chustki, bieliznę koronkową (to sprawka Marleny), ramkę ze zdjęciem paczki ze studiów, kubek ze zdjęciem dziewczyn z chóru, kilka zwykłych kubków. Ostatni prezent to ramka ze zdjęciem Marcina Możdżonka? I dedykacja? Na odwrocie była przyklejona mała karteczka. Wzięłam i przeczytałam. „Nie wiedziałem co mógłbym Ci dać jako prezent. Mówiłaś, że jestem Twoim idolem. Do głowy wpadło mi tylko to. Jakbyś chciała kiedyś jeszcze pogadać lub umówić się na tę nieszczęsną kawę, masz mój numer. Marcin” Naprawdę mówiłam mu, że jest moim idolem? Nie pamiętam tego… Jednak miło mi się zrobiło jak to przeczytałam.
- To prezent od MARCINA MOŻDŻONKA???? – zapytała ze zdziwieniem Pamela.
- No tak.
- To się El Kapitano nie postarał. Tylko zdjęcie z autografem. – marudziła Melka.
- Mi się podoba, a po drugie nie wiedział, że to moja impreza urodzinowa.
- A właściwie to skąd on wiedział? – Włączyła się Marlena.
- Bo tak cicho rozmawiałaś przez telefon w galerii.
- Tak, wy kobiety rzadko kiedy rozmawiacie cicho – wtrącił Piotrek za co dostał w ramie od Pameli.
- Dobra, dobra. A skąd to wiesz? – Marlena musiała wiedzieć wszystko.
- Powiedział mi.
- A kiedy ty z nim niby rozmawiałaś? – Pamela nie mogła uwierzyć.
- Po całej tej akcji z Arkiem jak poszłam na papierosa. Gadaliśmy długo o wszystkim i o niczym.
- Jak to, jak poszłaś na fajka? Przecież byłam po ciebie.
- No właśnie byłaś i go nie zauważyłaś. Kucał obok mnie. – wszyscy zaczęli się śmiać z Pameli.
- Oj bo tak szybko cię chciałam do środka wciągnąć – tłumaczyła się Brądek.
- Kotek przyznaj się, ile wypiłaś? – zapytał Piotrek i objął Melkę w pasie.
- Wystarczająco dużo by nie zauważyć faceta mierzącego dwa metry – odpowiedziała za nią Marlena w odzewie zobaczyła język Pameli.

                Już minął miesiąc. Marlena wróciła do Anglii, Pamela z Piotrkiem ostro studiowali. Wieczory spędzałam samotnie, przy telewizji. Niekiedy odwiedzałam Wojtka i jego Hanię. Polubiłam tą małą, ona z resztą mnie też. Narysowała mi ostatnio laurkę na mikołajki. Z Marcinem spotkałam się dwa razy. Lubię się z nim widywać. Później zawsze uśmiech nie schodzi mi z twarzy.
Ostatnio nie mam czasu na spotkania. Znajoma zaproponowała mi pracę u siebie jednak musiałam zrobić kurs pedagogiczny. Jestem właśnie w połowie, z obecnym szefem umówiłam się, że do końca roku jeszcze będę mogła pracować.

20 grudzień godzina dwudziesta. Dzwoni mój telefon.
- Witaj brodaty, co tam?
- Hej. Co robisz jutro?
- Pracuję na drugą zmianę, a co?
- Oj bo jakoś wydaje mi się, że będę się nudził.
- Tak? I co w związku z tym? – uśmiechnęłam się mimowolnie
- Może bym Cię odwiedził? O której kończysz?
- Sklep zamykamy o osiemnastej. Więc koło dziewiętnastej będę wolna.
- No to zajadę po ciebie. Gdzie masz ten sklep?
- Naprzeciwko galerii. Tylko uważaj żeby mój szef ciebie nie zauważył. Ma dziwne fobie i nie lubi jak ktoś, a w szczególności mężczyźni, kręci się po sklepie po zamknięciu.
- To poczekam na zewnątrz, albo dasz mi znać czy szef jeszcze jest. – czułam, że się uśmiechnął. Sama zresztą miałam uśmiech od ucha do ucha.
- Dobra to jesteśmy w kontakcie.
- Do jutra, Rudzielcu.
- Pa.
                Tak więc z uśmiechem na twarzy włączyłam muzykę i przetańczyłam cały wieczór. Nie mogłam się doczekać. On jest moim idolem. Wspaniały zawodnik i człowiek, czego chcieć więcej.  Trochę się opuściłam w wiedzy siatkarskiej. Siatkówka to moje hobby tak jak i muzyka. Ostatnie dni układały mi się naprawdę cudnie.
Rano ogarnęłam mieszkanie, przygotowałam się trochę na wieczór. Zrobiłam sałatkę na kolację bo nie będę ciągnęła Marcina do restauracji. Sama zresztą będę po pracy więc nie będę miała ochoty wychodzić. Tak więc postanowiłam zaprosić go do siebie. Musiałam posprzątać. Kurzu się nazbierało. O czternastej zaczynała się moja zmiana. Klientek było niewiele. Przed zamknięciem zjawił się szef.
- Jak Karina dzisiejszy utarg?
- Na mojej zmianie nie ciekawie. Było kilka klientek jednak nic nie kupiły.
- Przed świętami tak zawsze. – zaczął liczyć pieniądze jakie w kasie utargowała moja poprzedniczka. – to zamknij i widzimy się jutro.
- Spoko szefie. – uśmiechnęłam i się i zaczęłam pisać sms’a  do Marcina, że droga wolna.
Zaczęłam sprzątać kantorek. Nagle ktoś zasłonił mi usta i przycisnął do ściany. Nie mogłam zobaczyć kto to bo byłam odwrócona plecami.



                                                                                                                         
no i jak wam się podoba??
mam nadzieję, że będę się wyrabiała i wstawiała rozdziały systematycznie.
Zapraszam do czytania i komentowania. :)

sobota, 2 marca 2013

4. Czas zmian.


Zadowolona Pamela siedzi przy moim prowizorycznym stole. Pije sobie kawę beztrosko. Nawet nie zwróciłam uwagi co ona do mnie mówi. Jestem w szoku.
                Cwaniara zadzwoniła do mnie abym się przygotowała. Jednak takiej niespodzianki się nie spodziewałam. Moja kuchnia była okupowana przez moją kochaną siostrunię. Marlena mnie przytula jedną ręką a w drugiej trzyma drewniana łopatkę. Jak zwykle przygotowuje swój specjał. Kurczak a raczej pierś kurczaka z warzywami na patelni i sosem słodko – kwaśnym. Mmm pycha! Na studiach często gotowała chyba, że zupę pomidorową.
- No i co? – pyta Marlena z szerokim uśmiechem na twarzy – Aż tak szybko się mnie nie spodziewałaś – i puściła oczko do Pameli. Czułam, że to jej sprawka. Zapomniała o najważniejszym, miałam jechać do Konrada i Eweliny w ten weekend. Oczywiście byłam zadowolona, iż Marlena odwiedziła moją swego rodzaju pustelnię.
                Pamela zauważyła moje zakłopotanie. Poprosiłam ja na chwilę do pokoju.
- Melka jestem ci wdzięczna za troskę. Jednak kochana mam teraz kłopot.
- Niech zgadnę, chodzi o Ewelinę i Konrada? – zapytała z pewnością siebie.
- Tak, o to mi chodzi. W ten weekend miałam ich odwiedzić.
- Nie martw się. Wszyscy leżą w łóżkach chorzy. Zanim dowiedziałam się, że Marlena jest w Polsce, zadzwoniłam do Eweliny. Spokojnie twój problem jest już rozwiązany. – odetchnęłam z ulgą jednak martwiłam się o przyjaciółkę.
                Obiad jak zwykle był pyszny. Odzwyczaiłam się od przysmaków kulinarnych Marleny. Ona zaś opowiedziała jak jej się żyje w Anglii, co słychać u jej męża i bliźniaków.
- A co tam u ciebie i Arka? – no tak to pytanie paść musiało. Najwidoczniej Pamela jej wszystkiego nie powiedziała. Chyba, że Marlena próbuje wydusić ze mnie coś więcej niż powiedziałam Pameli.
- U mnie wszystko ok. Jakoś sobie radzę. Arek też chyba ma się dobrze, zresztą mało mnie to obchodzi. A tak dla twojej wiadomości, jak Pamela jeszcze nic ci nie pisnęła, ja i Arek to przeszłość . Nie pytaj o nic. – nadal było ciężko mi z tym wszystkim, więc pora zmienić temat. –Mam ochotę na lody. Co wy na to? Idziemy do galerii?- odwróciłam się i poszłam szukać czegoś na przebranie, wygodnego. Czułam, że taka dawka informacji Marleny nie zaspokoi. Zawsze zwracała uwagę na detale.
                Siedzimy i ze smakiem zajadamy się lodami. Miałyśmy jeszcze zamówić kawę a Marlena nadal drąży temat.
- Karina, powiedz chociaż co się stało? Byliście taką zgraną parą. Rzadko kiedy się kłóciliście. Może da się to jeszcze naprawić.
- Co naprawić? Tu nie ma co naprawiać. Skurwiel mnie zdradził, z resztą złapałam go na ostrym numerku w jego mieszkaniu do którego miałam klucze. – Marlena otworzyła usta ze zdziwienia – Dziwne co? Niby tacy idealni a tu proszę. Okazało się, że to nie pierwszy raz. – powiedziałam to w końcu. Chyba mi ulżyło. Już nie czułam smutku tylko wielką złość, że dałam się tak zwodzić za nos tyle czasu. W tym momencie jestem nawet wdzięczna losowi, że wydało się to zanim wzięliśmy ślub. Wyobrażacie sobie co by było jakbym była szczęśliwa z mojego „mężusia” i nagle pojawiłaby się jakaś panna z dzieckiem twierdząca, iż Arek jest jego ojcem. Dobra wracam na ziemię to już za mną. A Marlenie więcej już nie trzeba było. Teraz zaspokoiłam jej ciekawość. – Tylko w domu nic nie mów. Wiesz co babcia ze mną zrobi jak się dowie.
- Dobra nic się nie martw.

                Z racji iż Pamela chciała przypomnieć sobie jakieś informacje na jutrzejsze kolokwium wzięłyśmy kawę na wynos. Przy okazji obejrzałyśmy wystawy. Mnie zaintrygowała przepiękna czarna sukienka na grubych ramiączkach. Niby prosta, ale miała cos w sobie. Niestety wypłaty jeszcze nie dostałam. Nagle zorientowałam się, że dziewczyny są już praktycznie w drzwiach wyjściowych. Odwróciłam się z impetem i…
- Kurwa mać!! -  cała kawa znalazła się na mojej kurtce, no może nie cała bo część wylała się na kogoś sporych rozmiarów. Zadzieram głowę do góry i widzę tę uwielbianą przeze mnie brodę. – Przepraszam – prostuję i zaczynam szukać chusteczek. – Naprawdę tak mi przykro – zaczyna brakować mi słów. Dziewczyny w końcu oprzytomniały. Jednak gdy zobaczyły jak się jeszcze bardziej pogrążam zaczęły się śmiać. Mój wzrok wtedy posyłał im pioruny a na policzkach pojawiały się rumieńce.
- Nic się nie stało – lekko się uśmiechnął, a ja rozpłynęłam się na dobre.
- Może dasz mi tę bluzę, oj sorry, może pan da mi tę bluzę – nie mogę się wysłowić – spróbuję tzn. moja pralka, trzeba to zaprać bo plama będzie. Więc musze do łazienki z bluzą, bo najlepiej to zrobić od razu. Zaprać. Mówiłam, że plama może zostać?
- Dobra nic się nie stało – teraz to już musiał mieć totalna polewkę z mojego roztargnienia – Marcina jestem – wyciągnął swoją dłoń w moją stronę.
- Tak wiem – mówię nieśmiało się uśmiechając, musiało to komicznie wyglądać. W międzyczasie przełożyłam pusty kartonowy kubeczek – Karina – uścisnęliśmy swoje dłonie i pozwoliłam sobie spojrzeć w jego oczy.
- No tak. – teraz to on się zmieszał – O bluzę się nie martw. Poradzę sobie, ale kawę jestem ci winien
- Nic się nie stało. Za dobra nie była. – cały czas trzymał moją dłoń. Uśmiechnęłam się tym razem przepraszająco i powiedziałam – przepraszam jeszcze raz za to – wskazałam na plamę – Muszę już iść. – Odwróciłam się choć łatwe to nie było i odeszłam w stronę dziewczyn. Marlena prawie leżała ze śmiechu a Pamela zbierała szczękę.
- Nic nie mówcie – powiedziałam gdy do nich podeszłam
- Czy ty wiesz…
- Tak wiem. – przerwałam Pameli, która z trudem dochodziła do siebie. Mi nogi nadal się trzęsły. Wyszłyśmy z galerii i wtedy razem z Marleną wszystkie trzy śmiałyśmy się z tego co stało się w środku. W takim humorze wróciłyśmy do mieszkań.

- Marlena, wiesz, że Arek odesłał mi moje wszystkie rzeczy jakbym to ja była winna temu wszystkiemu. Próbował nawet jakichkolwiek negocjacji. – powiedziałam przy naszej wieczornej herbacie – To znaczy na początku się zapierał. Byłam nieugięta. Później zwrócił te nasze wspólne zdjęcia i prezenty ode mnie. A i list jakiś naskrobał.
- No i co w nim pisał? Niech zgadnę „to jednorazowy wyskok”, „nawet tego nie chciałem”, „samo wyszło” – Marlena idealnie naśladowała jego głos
- Nawet go nie czytałam.- powiedziałam.
- A jak myślisz humor ci się przeczytasz jego wypociny?
- Nie wiem. Wiesz zawsze lubiłam jak się mężczyźni tłumaczą. Dawaj to pudło.
- A gdzie jest? – zapytała Marlena
- W szafie na samym dnie, gdzieś w kącie.
- Masz. Ja idę się umyć. Jakby co to wiesz gdzie jestem. – lekko się uśmiechnęłam.
List faktycznie lekko mnie rozbawił. Zdziwiłam się bo sądziłam, że będę płakać. Takie rzeczy wypisywał a ja się śmiałam. Może z jego wyobraźni. Nie wiem. 


Już miesiąc minął odkąd Marlena u mnie jest. Co prawda bywała w domu rodzinnym, jednak nigdy nie czuła się tam dobrze. Budzik dzwonił a ja miałam ochotę przeleżeć cały dzień w łóżku.
- Hej Reginka. – powitała mnie Marlena wchodząc do pokoju. Tylko ona mnie nazywała Reginą, zawsze śmiejemy się przy tym. – Powiedz mi, dlaczego ustawiłaś budzik? Przecież masz dziś wolne.
- To co proponujesz? Ja szczerze mówiąc zostałabym tu – pokazałam mój skromny pokoik i obie wybuchłyśmy śmiechem.
- Na razie to chodź na śniadanie a później mam dla ciebie coś extra. – powiedziała Marlena z cwaniackim uśmiechem, a ja wiedziałam, że nic z niej nie wyciągnę chociażbym błagała na kolanach.
                Po śniadanku ruszyłyśmy w miasto. Okazało się, że Marlena załatwiła na dziś fryzjera , kosmetyczkę i pobyt w Spa.
- To co robimy z włosami? – zapytała fryzjerka
- Kolor na pewno zmienimy, znudził mi się ten blond – powiedziałam zastanawiając się jaką barwę wybrać – może rudy.
- Karina zawsze chciałaś mieć dredy, może spróbuj. – powiedziała Marlena z sąsiedniego fotela.
- No nie wiem, dredy to chyba już za dużo . A wykonujecie tutaj coś takiego? – zapytałam retorycznie z nadzieją, że odpowiedź będzie negatywna. Niestety fryzjerka się tylko uśmiechnęła i przytaknęła. Dodatkowo powiedziała, że mam na tyle długie włosy, że będę wyglądała obłędnie. No cóż zgodziłam się. – To szalejemy – powiedziałam i cały salon śmiał się razem z nami.
Po 17 weszłyśmy na obiad do galerii. Marlena jeszcze mnie namówiła na zakupy. Weszłyśmy do jednego ze sklepów i Marlena zaczęła namawiać mnie na śliczną miętową, zwiewną bluzkę, na którą z chęcią się zgodziłam.
- Która godzina? – zapytała Marlena gdy stałyśmy w kolejce do kasy.
- Dziewiętnasta dochodzi a co?
- Nic, czekaj tu a ja do WC jeszcze skoczę i lecimy na chatę.

Wyszłam ze sklepu a Marlena na mnie czekała i akurat skończyła rozmowę telefoniczną. Uśmiechała się więc myślałam, że to Gustaw dzwonił i opowiedział jej czy bliźniaki grzeczne. Do mieszkania wróciłyśmy w szybkim tempie bo Marlena zamówiła taksówkę.
- Idź pod prysznic bo później wychodzimy. – Oznajmiła mi Marlena – Ubrania ci przygotuję.
 Ja posłusznie skierowałam się do łazienki. Musiałam jakoś chronić moją nową fryzurę. Związałam dredy, które bardzo mi się podobały i faktycznie wyglądałam obłędnie. Gdy wyszłam Marlena rozmawiała z kimś prze telefon znowu.
- Kto dzwonił? – tym razem zapytałam.
- Pamela powiedziała, w którym klubie się spotkamy. Ubieraj się tu masz wszystko, a i zrób sobie nieziemski makijaż. – wyszczerzyła zęby i zniknęła za drzwiami toalety.
O dwudziestej pierwszej czekałyśmy na taksówkę.
- Pamela już tam jest? Sama? – zapytałam
- Nie sama tylko z Piotrkiem. A i Krzysiek też jest. Pamela go spotkała przypadkiem. - No to super. Pomogę Krzyśkowi w poszukiwaniu kogoś odpowiedniego. Nie miałam ochoty na imprezy, już tak dawno na żadnej nie byłam.
- Marlena dobry adres podałaś kierowcy? – powiedziałam bo znalazłyśmy się w dość podejrzanym miejscu.
- Dobry, dobry. Chodź i nie marudź.
W klubie ludzie ledwo się mieścili. Sporo moich znajomych było. Dziwnie do mnie się uśmiechali. Szukałam Pameli i Piotrka. Marlena w tym czasie zamówiła nam po drinku.
Nagle muzyka ucichła. Na scenę wszedł Mark Foster. Mnie wmurowało. Uwielbiam jego piosenki. Spojrzałam na Marlenę a ona się tylko uśmiechnęła. Coś mi tu nie grało. Wszyscy się rozstąpili i utworzyli swego rodzaju ścieżkę. Wmurowało mnie jeszcze bardziej...




                                                 
Przepraszam za tak długą przerwę. Jednak w zamian za cierpliwość wstawiłam zakładeczkę "Bohaterowie".
Miłego czytania i proszę o komentarze.

środa, 9 stycznia 2013

3. Chwila przemyśleń


Dni mijały mi dziwnie bezstresowo. Co raz wpadałam na Wojtka, pogadaliśmy. Pamela mieszka ze mną, odwiedza mojego sąsiada z góry. Ten Piotrek to niezły gość. Można z nim pogadać o wszystkim, kulturalny i dowcipny. Najlepszy przyjaciel na dalekim miejscu zaraz po moich dziewczynach, które nie wiem jakim cudem, czuwają nade mną. Pamela dba żebym przez przypadek nie schudła. Wiec moje ostatnie dni wyglądały monotonnie, aż za bardzo. Rano do pracy po pracy obiad (muszę przyznać- Pamela zajebiście gotuje), później odwiedziny Piotrka. Do późna siedzimy, plotkujemy i opowiadamy sobie różne dowcipy. A następnego dnia to samo.
                Jeden z tych dni był jednak inny. Gdy tylko weszłam do mieszkania Pamela  zaczęła się dziwnie zachowywać.
- Karina. Jest sprawa, od dwóch dni przychodziły paczki do Ciebie. Myślałam z początku, ze zamawiałaś coś, ale powiedziałabyś mi o nowych zakupach.  Jednak te paczki nie wyglądają na byle jakie – uśmiechnęła się tak jakoś dziwnie wypowiadając te słowa, że nie wiedziałam czy mam być zadowolona z tych paczek czy nie.
- Pokazuj te przesyłki a nie się cieszysz – dałam jej kuksańca w bok.
Pamela pokazała mi trzy paczki jedna większa od drugiej.  Zaczęłam od najmniejszej. Była wielkości koperty. Otworzyłam a w środku znajdowało się podłużne pudełeczko. W nim srebrna bransoletka. Oczywiście do tego dołączony liścik:
„Mam nadzieję, że będzie się dobrze prezentować na Twoim pięknym nadgarstku”
- Pamela czy tą paczkę przyniósł listonosz? – zapytałam zdziwiona gdyż ujrzałam znak próby. To nie był tani prezent.
- Nie, kurier do drzwi zadzwonił. Karina komu ty się tak spodobałaś, że takie prezenty dostajesz- śmieje się Pamela.
- Nie mam pojęcia. A teraz skończ te żarty otwieram drugą.
Druga była większa i bardziej napakowana. Rozdarłam bąbelkową kopertę a w środku rękawiczki. Wyglądały uroczo. Wzór typowy dla robionych ręcznie na drutach a we wnętrz obszyte polarem. Lekko się zdziwiłam gdyż dopiero październik. Do tego dołączony liścik.
„ Pamiętam jak kiedyś nosiłaś podobne. Gdy je zobaczyłem nie mogłem się oprzeć.”
Faktycznie były podobne do moich starych. Tylko moje zrobiła mam własnoręcznie i byłe bez polaru. Mogłam się domyślać, że to Arek, ale on nie przywiązuje uwagi do takich rzeczy. Co prawda był jeszcze Wojtek tylko, że on ma teraz kłopoty z Hanią i nie sądzę żeby miał głowę do takich niespodzianek.
- O ja! Są takie piękne – zapiszczała mi nad uchem Pamela – Ty, ale zima chyba jeszcze nie nadchodzi?
- Nie, ale mogę już się wprawiać – zaśmiałam się.
- Koniec śmiania – zarządziła Pamela z uśmiechem na twarzy – Inka otwieraj tę największą paczkę bo też jestem ciekawa. – Aż mi się miło zrobiło jak usłyszałam to zdrobnienie. Już bardzo dawno nikt tak do mnie nie mówił. – Otwierasz czy ja mam to zrobić! – Pamela już się niecierpliwiła nie na żarty.
- Już, już Melka –powiedziałam pokazując jej język bo wiedziałam, że na pewno by to zrobiła za mnie gdybym jeszcze przeciągała. Obie wybuchłyśmy śmiechem. Dawno nie towarzyszył mi taki szczery śmiech.
Otwieram tę ostatnią paczkę ostrożnie. Była ciężka więc nie widziałam czego się spodziewać. Nie mogłam być pewna czy jest od tej samej osoby co dwie poprzednie. Adres nadawcy był dziwnie znajomy, jednak nie mogłam sobie przypomnieć. W pudełku było drugie nieco mniejsze i ozdobniejsze niż zwykły karton. Już teraz wiem skąd kojarzyłam adres. Na widok znajomego podarunku (bo nie wiem jak inaczej to nazwać) doznałam szoku. Wmurowało mnie. Nie mogłam się ruszyć. Myślami byłam daleko, w czasach, które kiedyś były dla mnie miłym wspomnieniem a teraz przynosiły ból.
- Karina? Co jest? – dopytywała się Pamela widząc moje odrętwienie. Niewiele myśląc podniosła kwieciste wieczko. Na wierzchu leżała koperta z moim imieniem. Pamela odłożyła list na bok. Głębiej znajdowały się ramki ze zdjęciami i wszystkie prezenty jakie Arek otrzymał dla mnie. Na zdjęciach byłam uśmiechnięta a Arek wpatrywał się we mnie. Tak wielkie uczucie przemawiało przez to zdjęcie. – Cholera – powiedziała i zaczęła pakować wszystko jak było. Czułam, że jej głupio, iż ciekawość wygrała nad rozsądkiem.
- Nic się nie stało – powiedziałam próbując się uśmiechną jednak wyszedł mi jedynie grymas. – To tylko starocie na śmietnik. Nic dla mnie nie znaczą – zamknęłam pośpiesznie pudełko a drugie zakleiłam taśmą. W złości chwyciłam czarny marker i podpisałam „śmieci”. Wsadziłam w najciemniejszy kąt mojej ogromnej szafy.
Próbując zachować resztki dobrego humoru powiedziałam do Pamelki – Zamawiamy dziś pizze. Dzwoń do Piotrka niech nie siedzi sam.
Zrobiła tak jak mówiłam.
Czekając na pizze Piotruś opowiadała historie jakie przydarzyła mu się na uczelni. Niestety nie udało mi się przegonić tej mieszanki uczuć, w której przeważały smutek, żal i rozgoryczenie. Poczuła nagłą ochotę na papierosa. Wyszłam więc na balkon myśląc, iż dym tytoniowy jakoś ukoi moje nerwy. Siedząc na jakimś starym fotelu, który nabyłam wraz z mieszkaniem usłyszałam cichą rozmowę Pameli i Piotrka.
- Co jej jest? Jakoś dziwnie się zachowuje. Niby siedzi z nami, śmieje się, ale jest nieobecna – spytał Piotrek zatroskanym głosem.
- Dostała paczkę od Arka. Ich wspólne zdjęcia prezenty od niej itp. – w głosie Pameli dało słyszeć się smutek i litość do mojej osoby. – Dostała też list, ale chyba go nie zauważyła bo koperta leży tam gdzie ją położyłam…. – no tak list zaświtało w mojej głowie. Widziałam jakąś kopertę jednak nie byłam zainteresowana kto jest jej adresatem. Na razie czytać nie będę. Muszę pozbierać się po tej bombowej paczce. Nie mogę się rozkleić na dobre. Wiem, że oni się o mnie martwią jednak ja nie potrzebuję niańki. Pamela ma swoje życie, studia.
Udając, że papieros mi pomógł ochłonąć wróciłam do pokoju.
- Ile jeszcze będziemy czekać na tę pizze? – zagadałam próbując zachowywać się normalnie. Ton mojego głosu zaskakująco zaczął współgrać. Jak na moją odpowiedź zadzwonił domofon. Otworzyłam dostawcy.
- Szykujcie kasę. Pizza nadchodzi – zaśmiałam się co wyszło bardzo naturalnie. Co jak co, ale udawanie zawsze mi wychodziło.
Piotrek spojrzał zaskoczony na Pamelę. Ta wzruszyła tylko ramionami. Wyszłam po talerze, wracając usłyszałam szept – Chyba się już otrząsnęła, ale nie podob… - urwał Piotrek czując, że się zbliżam. Akurat zabrzmiał dzwonek do drzwi więc się podniósł z krzesła i otworzył.
Pamela korzystając z okazji nieobecności chłopaka zapytała – wszystko jest w porządku? – złapała mnie za rękę w czułym geście, kiedy siadłam przy stole. Piotrek wrócił zanim zdążyłam odpowiedzieć. Widząc nasze złączone dłonie zrobił minę pełną litości. Czułam, że czeka mnie poważna rozmowa. Oczywiście ja musiałam zacząć.
- Słuchajcie. Ze mną jest wszystko ok. – Na twarzy Pameli pojawił się grymas. Wiedziałam co oznaczał „aha, uważaj bo uwierzę.” –Naprawdę. Nie musicie się tak martwić – Złapałam Piotrka za dłoń. Patrzyłam raz na jedno raz na drugie. Zauważyłam, że chcą mi coś powiedzieć równie ważnego. Nie sądziłam, iż ta informacja będzie dla mnie swego rodzaju ulgą.
- Karina – zaczęła Pamela – postanowiłam na studia przenieść się tutaj. Zamieszkałaby z tobą dopóki nie będziesz się czuła lepiej.
- Nie, Pamela ja się czuję dobrze – przerwałam jej – Nie możesz mnie pilnować – mój głos był spokojny lecz stanowczy – Nic głupiego nie zrobię – zapewniłam. Jednak ulgi na jej twarzy nie zobaczyłam, była nadal spięta – Mieszkaj z Piotrkiem. Codziennie możecie mnie odwiedzać. A jak poczuję się samotna na pewno zadzwonię. – Teraz Pamela się rozluźniła. Poczułam na jej dłoni. Tak samo Piotrek.
- Na pewno będziesz dzwonić? – upewniał się jeszcze.
- Na pewno – wiem, że te słowa może nie będą przekonujące, ale chyba poskutkowało. Oczy Piotrka rozbłysły. Kończąc naszą rozmowę powiedziałam – może nie wyglądam, ale na prawdę dam sobie radę. A teraz jedzmy pizze bo już całkiem wystygnie.
Nie wiem jak mi się udało, ale uwierzyli mi. Można powiedzieć, że miałam spokój. Spokój w sensie ciągłych pytań „Jak się czujesz?”, „Jak sobie radzisz?”. Jednak co noc miałam koszmary z Arkiem w roli głównej. I zawsze przed snem otwierałam pudełko ze „wspomnieniami”. Każdego ranka obiecuję sobie „nigdy więcej”
Pewnego dnia wracając z pracy wpadłam na swojego kolegę z liceum. Siedzieliśmy razem w jednej ławce przez trzy lata. Co prawda nauka nie była dla nas najważniejsza tylko gra w „statki” ale dogadywaliśmy się. Z tego spotkania dowiedziałam się, że po kilku próbach nadal jest sam.  Biedactwo, zasługuje na jakąś fajną dziewczynę. Ma też niezłe osiągnięcia, ale o tym już wiedziałam gdyż dzielnie go dopingowałam. Polski Mistrz MMA i szanowany trener capoeira. Ja nie byłam mu dłużna i także opowiedziałam o sobie. Niestety nie pogadaliśmy zbyt długo gdyż podjechał mój MPK. Nawet nie zdążyliśmy wymienić się numerami.
To nasze spotkanie można powiedzieć pomogło mi. Usłyszałam kiedyś czy przeczytałam, że sposobem na swoje problemy jest zajmowanie się cudzymi problemami. Dlatego postanowiłam się rozejrzeć za jakąś miłą dziewczyną. Z moich rozmyśleń wybił mnie dzwonek telefonu. Spojrzałam na ekran. „Jakiś dziwny ten numer” pomyślałam. Jednak odbieram.
- No hej Karina, durniu. – śmiech – Słuchaj jestem w Polsce chcę się z tobą zobaczyć.  Tylko może się odezwiesz. -  wtedy dotarło do mnie, że to dzwoni moja kuzynka, Marlena. Mieszkałyśmy razem na studiach. Raz do roku przylatywała z Forks. Zazwyczaj na święta, jednak do świąt jeszcze kawałek.
- Tak, tak. Spoko. W poniedziałek możesz tu do mnie przyjechać. Wyjadę po ciebie. Będę miała trochę wolnego czasu
- Oki, to do poniedziałku. – bez gadania się zgodziła Marlena.
Kurczę to na pewno była Marlena? Jakoś dziwnie brzmiała.
Wchodząc do bloku wykonuję ten sam rytuał. Sprawdzam pocztę, witam sąsiada, który wyszedł na klatkę zapalić. Jednak kiedy podchodzę do drzwi coś mi każe najpierw nacisnąć klamkę. Okazuje się, że są otwarte. Wchodzę ostrożna, gdyż nie wiadomo, kto może być w środku. W przedpokoju stoją walizki a z kuchni da się czuć piękne zapachy i słyszeć głosy. Idę sprawdzić kto jest sprawcą tego zamieszania i oczom nie wierzę. Moja twierdza, w której miałam przemyśleć to co się dzieje w koło, właśnie zamieniła się w istny cyrk. O ciszy mogę już zapomnieć.


                                                                                 
Okej, wiem długo nie zaglądałam już to nadrabiam. teraz jednak będziecie musieli znowu długo poczekać gdyż sesja to ważny okres. Nie podoba mi się ten kawałek opowiadania. 


PROŚBA czytasz-komentuj. inaczej nie pisze dalej.
Niedługo wpłyną zdjęcia z bohaterami.