czwartek, 20 listopada 2014

14. Dzień po wspaniałej zabawie

Dziewczyny bawiły się znakomicie. Wspaniale dogadywały się z chłopakami. Pamela najlepszy kontakt złapała z Piotrkiem. Marysia polubiła Marcina a na tym mi zależało. Za każdym razem jak wychodziłyśmy na papierosa miałyśmy swój temat miłosny. Chyba, że Możdżonek bądź inny siatkarz chciał nam towarzyszyć.
- Karina masz jakieś zapasy? – zapytała Edyta machając pustą butelką po winie.
- Niestety, ale mogę skoczyć do sklepu – odpowiedziałam pośpiesznie.
- To ja pójdę z Tobą – dołączył się Marcin.
- Zostawicie nas samych? – krzyknął z rozpaczą w głosie Krzysiek widząc, że się ubieramy.
- Pamela czuje się tu jak u siebie więc, sami nie zostajecie. – odpowiedziałam rozbawiona zachowaniem rzeszowskiego Libero.
- Wreszcie sami – powiedział i mocno pociągnął mnie w swoją stronę. Zachłannie mnie pocałował jakby tęsknił za smakiem moich ust.
- Marcin… - jęknęłam lekko się odsuwając – zarazisz się.
- Nie szkodzi, najwyżej ty się mną zajmiesz – powiedział uśmiechając się zawadiacko.
- Chodźmy  – pociągnęłam go za rękaw  - jak będziesz grzeczny to już niedługo będziesz mnie widywał częściej. – dodałam odwzajemniając uśmiech.
Gdy wróciliśmy do mieszkania zaczęły się gwizdy. Marysia nic nie powiedziała tylko się uśmiechała. Ja już znam jej ten uśmiech. Chłopaki musieli się zbierać. Marcin pojechał razem z nimi. Dziewczyny pomogły mi posprzątać, głównie to Pamela i Marysia. Reszta nie nadawała się do tego. Jeszcze by się coś pobiło.
- Pamela czy mi się wydaje czy Piotrka – wskazałam na górę – wymieniłaś na Piotrka. – dokończyłam wywód i podałam jej talerz do wytarcia.
- Czepiasz się. Nikogo nie wymieniam. Po prostu z Nowakowskim dobrze mi się rozmawiało ot i cała filozofia.
- Na pewno? – podjęła temat Marysia.
- Na pewno – odpowiedziała i pokazała nam język. Długo jeszcze dyskutowałyśmy na tematy kobiece. Brakowało mi Marysi i naszych wspólnych pogawędek o wszystkim i o niczym. Niestety musiałyśmy przerwać gdyż zadzwonił mój telefon.
- Już się stęsknił? – dziewczyny zaczęły żartować, za co oberwały ścierką.
- Słucham? – udałam, że to jednak nie środkowy.
- Już dojechaliśmy. Jak się dziewczyny trzymają? – zapytał Marcin
- Nie za szybko jechaliście? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie gdyż według mnie zbyt krótko trwała ich podróż do Kędzierzyna.
- Nie martw się o nas, jesteśmy cali i zdrowi, to ja się pytałem jak wy sobie radzicie same, prawie pijane.
- Dobrze, już posprzątałyśmy i będziemy, a raczej ta cześć co nie poległa będzie, szykować się do spania.  – odpowiedziałam i zaczęłam się śmiać gdyż Pamela i Marysia wykonywały dziwne pozy.
- Z czego się śmiejesz? – nie zdążyłam mu odpowiedzieć iż Pamela krzyknęła
- Marcin, my ją utulimy i nawet nie zauważy twojej nieobecności – rozbawiona jej deklaracją po pukałam się w czoło.
- To ja już się na nic zdam dzisiaj - powiedział i pożegnał się – Dobranoc.
Nie zwracając uwagi na pytające spojrzenia koleżanek poszłam do salonu.
- Karina, my możemy spać u ciebie? – z ledwością wybełkotała Wiktoria.
- Kochana jakby nie zauważyć to już śpicie. Macie jeszcze koce i poduszki. – powiedziałam – a wy śpicie ze mną w nagrodę za wytrwałość – dodałam kierując te słowa w stronę Pameli i Marysi.
- Jaki zaszczyt nas kopnął – zironizowała Brądkówna. Owieczkowska tylko pokazała, że idzie zapalić.
- Melacia my idziemy zapalić a ty się rozgaszczaj – widziałam po minie, że jej się to nie podoba. Zawsze nas ganiała za fajki.
- Tylko się trujecie, ale wiem złego diabli nie biorą – powiedziała z przekąsem a my po cichu wyszłyśmy na balkon.
- Karinka myślisz, że i mi się tak poszczęści? – zapytała z nadzieją w głosie mocno się do mnie przytulając
- Oczywiście słoneczko. Na razie musisz zadowolić się mną i Pamelą – zaśmiałam się widząc jej minę
- Pocieszające – odpowiedziała dołączając się w śmiechu i lekko odsuwając .
- Co to za miłości tutaj beze mnie? – powiedziała urażona Pamela
- Chodź. – pociągnęłyśmy ją do siebie.
- Karina telefon cały czas dzwoni. Myślałam, że Marcin się dobija, ale to Wojtek. Nie odbierałam, ale oddzwoń do niego bo musi to być coś ważnego.
- To koniec czułości – zaśmiałam się cicho i zgasiłam papierosa. Jednak zastanawiałam się co takiego się stało, że Wojtek się dobija. Szybko poszłam do sypialni i złapałam za telefon. – Hej Wojtek, co się dzieje?
- Karina, czy mogłabyś przyjść tu, do mnie, do mieszkania?
- Mam gości, ale to da się załatwić, mów co się stało? – zaczynałam się ostro martwić.
- Iwona miała groźny wypadek, może w każdej chwili opuścić ten świat. Jej adwokat zadzwonił, że mam się teraz stawić w szpitalu.
- Jak teraz? Jest dwudziesta druga? – pytam ze zdziwieniem
- Wiem, sam mówiłem adwokatowi, że to jest niedorzeczne. Jednak on nalega. Mówi, że Iwona chciała jeszcze przed śmiercią przekazać jakieś ważne informacje dotyczące Hani. Muszę się dowiedzieć. Dlatego proszę abyś tutaj przyszła i popilnowała małej. Będę starał się wrócić jak najszybciej.
- Dobrze, góra pół godzinki i jestem. – rozłączyłam się zmartwiona. – Pamelka mam prośbę – zwróciłam się do przyjaciółki – Musze iść do Wojtka i popilnować śpiącej Hani. Rano przyjdziemy obie do tej pory, proszę, pełnij funkcję gospodyni.
- W porządku. Weź Marysię ze sobą, będę miała całe łóżko dla siebie. – uśmiechnęła się zadziornie.
- Ja jestem za. Może ten Wojtek będzie całkiem przystojny. – dołączyła się Marysia
- I to jeszcze jak – odpowiedziała jej Brądkówna.
- Zamiast się tutaj nabijać, zbierajmy się. Wojtek musi jak najszybciej wyjechać a Hania sama zostać nie może.
Obiecałam, że wszystko wyjaśnię rano jak wrócę. Szybko przeszłyśmy do mieszkania Wojtka. Minęliśmy się z nim w drzwiach. Obiecał, że następnego dnia, ktoś dostarczy mi obiad do domu. Bardzo się zdziwił, że taka ilość osób zmieściła się u mnie w mieszkaniu.
Marysia była Wojtkiem oczarowana, dopóki nie usnęła słyszałam tylko o nim, choć nie zamieniła z nim praktycznie jednego zdania. Głównie to mnie wypytywała jaki on jest.
- Poczekaj aż Hania się obudzi. To ją najpierw musisz oczarować. Wojtkiem zajmiemy się już we trzy. – roześmiałam się cicho i obie odpłynęłyśmy w błogi sen.


- Ciocia – usłyszałam radosny, zbyt głośny głos nad swoim uchem. Zaraz po tym poczułam jak mój mały zwierzaczek wskakuje nam na kanapę – Ciociu a co robi tutaj ta pani? – spytała widząc Marysię.
- To jest moja przyjaciółka. Jak chcesz też może być twoją ciocią. A u mnie w mieszkaniu jest ich mnóstwo – powiedziałam czule się uśmiechając po czym ucałowałam Hanię w policzek – Teraz musimy obudzić Marysię bo trzeba zrobić zakupy na śniadanie. Co powiesz na poranny spacer?
- To idę się ubierać – krzyknęła dość głośno Hania dzięki czemu nie musiałam już budzić Marysi.
- Co się dzieje? Czemu tu tak głośno? – jęknęła Marysia. Kacyk dał o sobie znać.
- Hania już wstała i idziemy na zakupy. Zbieraj się idziesz z nami i wracamy do domu. Trzeba tamto towarzystwo równie spektakularnie obudzić, jak to zrobiła z tobą – zaśmiałam się i sprzedałam Owieczkowskiej kuksańca. Następnie usłyszałam głośne „AŁA”
Wygłupy przerwała Hania. Wchodząc zaprezentowała, że jest gotowa.
Zakupy szybko poszły. Równie szybko poszłyśmy do mojego mieszkania. We trzy, z wielkim hukiem i głośnym „Wstajemy leniuchy” wkroczyłyśmy w królestwo wielkiego kaca. Rozbawione musiałyśmy wysłuchać jęków. Na szczęście nie rzucały mięsem.
- Ciociu dlaczego tutaj tak śmierdzi? – zapytała Hania, jednak wszystkie to usłyszały i  część rozbawiona zaczęła się zbierać. 
- Kochanie to się nazywa „dzień po wspaniałej zabawie”. Zaraz posprzątamy a ty idź z ciocią Marysią do kuchni i pomóż jej w śniadaniu bo… - nie skończyłam bo dostałam po tyłku od Marysi własnie.
- Bo słyszałam, że jesteś dobra w śniadaniach. – dokończyła przyjaciółka.
- Oczywiście, zawsze i wszędzie – uradowała się Wanatówna. I obie poszły do kuchni z zakupami. Ja natomiast wzięłam się za otwieranie okien i sprzątanie.

Po śniadaniu gdy Hania była zajęta oglądaniem bajki wraz z Wiktorią, Edytą i Judytą, reszta siedziała ze mną w kuchni i słuchała opowieści dlaczego Wojtek musiał pilnie wyjechać w nieznanym mi kierunku. Już miałam iść zapalić gdy usłyszałam, że telefon mi dzwoni.



                                                                                                                     
Przepraszam za błędy, ale chciałam jak najszybciej dodać. 
Miłej lektury :) 

wtorek, 23 września 2014

13. Goście? Jacy goście?

Miną tydzień od Sylwestra, moja choroba nie ma ochoty zniknąć. Byłam u lekarza, oczywiście, ale co mi z tego. Nic nie mogę zrobić, nawet nie mam siły wysyłać Cv. Pamela mnie odwiedzała regularnie, obiadki przynosiła. W Sylwestra zerwała z Piotrkiem. Nie podała mi powodu. Jeżeli ona zdecydowała o końcu ich związku to musiała mieć mocne argumenty.
Siedzę sobie i oglądam seriale w Internecie, już mnie głowa boli od tego komputera. Na szczęście grypa odpuszcza. Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. Zerwałam się na równe nogi czego później żałowałam. Ostry zawrót głowy i mroczki przed oczami były silne, ale zatrzymałam się na chwilę i minęło. Zastanawiało mnie kto się tak dobija o 10 rano.
- No nareszcie już miałem pogotowie wzywać. – no jasne, Marcin.
- Dzień dobry też miło Ciebie widzieć – odrzekłam z sarkazmem.
- Dzień dobry, kupiłem Ci soki, owoce i kilka drobiazgów. Mam zamiar zrobić Ci obiad.
- Od obiadów mam już swojego wysłannika – zaśmiałam się leżąc już w łóżku.
- Wiem, że masz, ale dziś twój wysłannik nie może ci pomóc. Sama ma coś do załatwienia.
- Ona do Ciebie zadzwoniła? – zapytałam – przecież dobrze wie, że nie możesz tak sobie przyjeżdżać. Masz treningi. – powiedziałam z wyrzutem.
- Nie marudź  tylko jakoś się ogarnij. Będziesz miała gości. – powiedział mi już z kuchni.
- Gości? – wie, że się nie nadaję do jakichkolwiek odwiedzin to jeszcze mnie stawia przed faktem dokonanym.
- Tak gości, chcą ci zrobić niespodziankę.
- Marcin, ja nie mam ochoty na odwiedziny. – położyłam się na łóżku i jęknęłam z myślą, że środkowy nie usłyszał.
- Mówiłem ci nie marudź – pojawił się w pokoju ubrany tylko w mój fartuch kuchenny. Rozbawił mnie tym niemiłosiernie. I gdyby nie to, że jestem chora, to goście musieli by przełożyć wizytę na inny dzień. – Karina, z czego się tak śmiejesz? Jestem brudny na brodzie? – dotknął się ręką w mące zostawiając biały proszek w miejscu o które się pytał.
- Oj kucharzyno, chodź – wzięłam i strzepałam mąkę. Przy okazji sprawdziłam, czy faktycznie ma sam fartuch, który i tak był z lekka za mały.
- Gdzie tam zaglądasz? – powiedział z udawaną urazą – taka jesteś mądra? To co tym masz pod swoim ubraniem, cwaniaro? -  i zaczął mnie łaskotać
- Nie, Marcin….. Błagam… Nie mam siły na nic…  - mówiłam pomiędzy falami śmiechu. – Teraz to już faktycznie nie dam rady nic zrobić.
- Koniec wygłupów. Trzeba się brać do roboty. 
- Nie, ja żartowałam, ale poleżmy jeszcze chwilę… - zaczęłam znowu jęczeć
- Idę się ubrać, a ty leż. Zaraz ogarniemy to twoje królestwo chaosu. – królestwo chaosu? A jak on pomieszkiwał w moim salonie to co było? Imperium zagłady? Dobre sobie.
Jednak to zatrzymałam dla siebie i potulnie bez komentarzy, posprzątałam to co należało do zbyt osobistych rzeczy.
- Karina, to są te niteczki co przed wyjazdem zerwałem z ciebie? – zapytał wyciągając stringi zza szafki nocnej.
- O nie, ja ich tyle szukałam. Jeszcze na dodatek porwane…  Marcin to moje ulubione były.
- Dosłownie je z ciebie zerwałem. No nic, kupię ci drugie. Skąd je miałaś? – zapytał a ja wybuchłam śmiechem. Już widziałam minę ekspedientki, gdy pyta się: Przepraszam czy dostanę takie same, tylko nie porwane?
- Wybacz, sama sobie kupię. Jak jeszcze będzie taki fason. O której mają być tajemniczy goście?
- O 14, a co?
- Tak pytam.
- Cos już kombinujesz. – powiedział mrużąc oczy.
- Nic nie kombinuję. – powiedziałam biorąc bieliznę na zmianę i jakieś „wyjściowe dresy” – idę pod prysznic.
- Mogę iść z tobą? – zapytał w nadziei, że się zgodzę
- Nie. Musisz zrobić obiad pyszniutki, bo się nie wyrobisz. – powiedziałam z cwaniackim uśmiechem. – jak dla mnie możesz ten obiad robić i bez fartuszka, i nawet bez tego co było pod nim, ale niestety będą goście – dodałam z udawanym smutkiem i na koniec jeszcze zakaszlałam.
- O nie moja panno tak się bawić, nie będziemy. Marsz pod prysznic, a ja w tym czasie mrozem pozabijam wszystkie bakterie, które masz w sypialni i salonie….
- Dobrze, mamusiu… - i oboje wybuchneliśmy śmiechem.

O równej 14 było słychać pukanie do drzwi. Marcin zajęty w kuchni nie mógł ich otworzyć i spadło to na mnie.
- Niespodzianka – usłyszałam chór kobiecych głosów za dzrwiami, stały: Edyta , jej siostra Wiktoria, Marzena, Malwina, Judyta, inaczej ekipa z chóru a także Marysia i Patrycja, z którymi zaprzyjaźniłam się na meczach Politechniki. Oczywiście za wszystkim stała Pamela.
- Kochane moje – zaprosiłam dziewczyny do środka. Niestety nie mogłam im sprzedać jeszcze po buziaku.
- A ty – wskazałam na Pamelę – dostaniesz w trąbkę. Marcina gonić tutaj?
- Jakiego Marcina? – zapytała z zaciekawieniem Marysia. Ona nigdy Arka nie lubiła, więc się nie dziwię jej zdziwieniu i zaciekawieniu.
- Usiądźcie do stołu to zaraz się przekonacie. Marcin będzie dzisiaj naszym osobistym kelnerem i kamerdynerem. – drugie zdanie wypowiedziałam głośniej, specjalnie aby środkowy usłyszał.
Pogawędziłyśmy chwilę i w drzwiach salonu pojawił się Marcin wystylizowany faktycznie na kelnera. Z jaką on gracją omijał futryny aby nie uderzyć się w głowę.
Wszystkie zrobiły zdziwione: „Ooooooo”, a gdy tylko siatkarz opuścił pomieszczenie, zaczęły się głosy oskarżycielskie: „Dlaczego nie powiedziałaś?” „Było się pochwalić..” „Jak mogłaś”
Na szczęście Marcin dość szybko wrócił z kuchni a one zamilkły.  
- Jakie pyszne sama gotowałaś? – spytała Edyta
-  Coś ty, ostatnimi dniami nic nie robi poza leżeniem – wtrąciła się Pamela, na co ja tylko pokręciłam głową.
- Marcin pełnił dzisiaj funkcje kucharza – odpowiedziałam ze spokojem.
- A właśnie, gdzie on jest? – zauważyła Marysia.
- Pójdę po niego – zadeklarowałam i zerwałam się z miejsca.
Nawet nie zdążyłam wyjść z pokoju, jak już słyszałam, że chciały co nieco wyciągnąć od Pameli.
Marcin kroił już ciasto na deser. Nie zauważył, że weszłam, więc objęłam go w pasie.
- Dziękuję – powiedziałam do jego pleców. – Zrobiłeś pyszny obiad, a o deserze.. – przerwałam i złapałam kawałek – już nie wspomnę.
- Nie dziękuj, tylko zbierz talerze, zaraz będziesz miała kolejnych gości – obrócił się i pocałował mnie w czoło.
- Jak to kolejnych gości? Ja tutaj oprócz Wojtka, Hani i Pameli nie mam więcej znajomych. Gdzie ich pomieszczę
- Jaka ty marudna dzisiaj jesteś. Zamiast się cieszyć, to cały czas jęczysz.
- Marcinku, nie gniewaj się – znowu się do niego przytuliłam.
- No leć zbierz talerze – ponaglił mnie.
- A ty jadłeś? – jak zwykle o sobie nie myśli – Zbiorę talerze i ci nałożę. – i wyszłam do pokoju.
- No i gdzie ten twój kucharz? – zagadnęła Wiktoria. Wyraźnie wyczułam nacisk na słowo „twój”
- Zaraz do was dołączy i będziecie mogły przeprowadzić wywiad. – mówiłam zbierając talerze po obiedzie. – A i to nie jest żaden MÓJ kucharz.
- Uważaj bo ci uwierzymy. – reszty nie słuchałam bo wróciłam do środkowego
- Marcin, a ci goście co mają jeszcze dołączyć to też niespodzianka? – zapytałam gdy wrócił z pokoju po zaniesieniu ciasta dziewczynom.
- Nie, po prostu jutro Kędzierzyn gra z Rzeszowem, a że chłopaki przyjechali wcześniej i chcieli się z Tobą zobaczyć, to już inna sprawa. Krzysiek z Pitem przyjedzie, a że nie znają lokalizacji to jeszcze Lipe, Wiśniewski i Gacek.
- Oni też nie wiedzą gdzie mieszkam – zauważyłam i podałam siatkarzowi talerz z obiadem.
- Tak, ale znają Lubin trochę lepiej od Resowiaków.
- A co się tutaj dzieje? – wpadła do kuchni Marysia
- Nic nadzwyczajnego, Marcin je obiad – oznajmiłam to co oczywiste.
- To smacznego. – życzyła siatkarzowi – Karina co mówi palma do palmy? – zapytała
- Już idę – odpowiedziałam
- Tylko się ciepło ubierz – rzucił za mną Marcin. Marysia skwitowała to tylko spojrzeniem.
Wiedziałam, że na balkon wyjdę tylko ja i Maryśka.
- Karina, dlaczego ty się oszukujesz? - powiedziała
- O co ci chodzi?
- Który facet dba tak o kobietę, gotuje jej i jej przyjaciółkom, martwi się by się nie przeziębiła. No powiedz, który?
- Oj wymyślasz. Jesteśmy przyjaciółmi. A poza tym zaraz mają przyjechać też jego kumple.
- Tak to sobie wmawiaj. Widać jak na dłoni, że on świata poza tobą nie widzi. – powiedziała, a ja już nie mogłam dłużej udawać.
- Powiem ci Maryś w sekrecie, że ja tez już nie umiem dłużej wytrzymać bez niego… - dodałam i wtuliłam się w przyjaciółkę. Mogłyśmy sobie szczerze pogadać. Reszta załogi za Marcinem grała w karty i nawet nie wiedziały, że niedługo zjawią się, u mnie w mieszkaniu, ich idole.
- Nie można tak było od razu, tylko bawicie się w kotka i myszkę. – przycisnęła mnie mocniej do siebie, jednak nagle się wyprostowała, zaciągnęła mentolem i spojrzała mi prosto w oczy – Jego kumple tu przyjadą?

- O masz ci babo placek, dopiero do niej to dotarło – skwitowałam i obie zaczęłyśmy się śmiać.









------------------------------------------------------
Taki prezent z okazji zdobytego złota, przez naszych cudownych, walecznych, i jeszcze długo tak można wymieniać, siatkarzy.
Przepraszam za jakiekolwiek błędy. Chciałam jak najszybciej udostępnić.
MIŁEGO CZYTANIA :*

czwartek, 3 lipca 2014

12. Nieziemsko. Nic więcej się nie dowiesz

Małe przypomnienie... Karina obawiała się jak przyjmą ją znajomi siatkarza. Niepotrzebnie gdyż to nie są potwory. Po obiedzie późnym wieczorem w Hotelu Górskim do Kariny drzwi zapukał kolega z dawnych lat. Karina i Marcin spędzili upojną noc. Karina nie chciała aby to było coś więcej. W drodze do kolejnego i ostatniego punktu atrakcji musiała odbyć z nim poważną rozmowę. Oboje zgodzili się, że to tylko zabawa i postanowili korzystać ze wspólnego wjazdu.


                                            
Problemem okazał się brak dwóch pokoi jednoosobowych. Został już tylko pokój zwany „dla nowożeńców”. Ostatnią jedynkę zajął Kamil. Próbowałam z nim wynegocjować jakoś ten pokój, niestety. Tak samo uparty jak w dzieciństwie. Z drugiej strony nie przeszkadzało mi za bardzo dzielenie pokoju ze środkowym. Jednak trzeba było odegrać jakąś szopkę.
- No i jak? – zapytał gdy wnieśliśmy wszystkie bagaże.
- Łóżko wygodne, będzie ekstra. No i najważniejsze jest balkon. – uśmiechnęłam się.
- No tak, balkon.
Marcin szybko się rozpakował, mi jednak dużo czasu to zajęło. Po wyjęciu wszystkich rzeczy z walizek, zeszłam na dół. Tam przy kominku siedział tylko Możdżonek.
- Gdzie są wszyscy? – zapytałam
- Poszli na spacer. Długo ich nie będzie.
- Skąd możesz wiedzieć? Dawno wyszli?
- Jakieś pół godziny temu.
- Myślałam, że ich dogonimy. Dlaczego mnie nie zawołałeś?
- Mam dla ciebie inne zadanie – powiedział unosząc brew do góry.
- Marcin, na pewno nie. – powiedziałam, przeczuwając o co mu chodzi
- Dlaczego nie? Mamy całą chatkę dla siebie. Można to wykorzystać. – wstał z kanapy i zaczął iść w moją stronę. Ja aby się podroczyć zaczęłam wycofywać swoje kroki na górę.
- Marcin, ale co sobie o nas pomyślą. Jesteś jakiś niewyżyty. – powiedziałam śmiejąc się i zaczęłam szybciej przebierać nogami. Złapał mnie w połowie drogi i do pokoju zaniósł na rękach.

- Marcin przez ciebie się uzależnię. – powiedziałam będąc już na balkonie z papierosem w ręku.
- To nawet i dobrze. – odpowiedział uśmiechając się.
- Ubieraj się, bo wracają – rzuciłam pośpiesznie w jego stronę, gdyż zobaczyłam zbliżające się światła.
Po założeniu swoich porozrzucanych rzeczy Marcin zszedł na dół aby podłożyć do kominka. Ja kończąc papierosa usłyszałam, że ktoś próbuje się ze mną skontaktować.
- Tak, słucham?
- Dlaczego się nic nie odzywasz? Miałaś dać mi znać…. Rozmawiałaś z nim?
- Rozmawialiśmy, to tylko sex nic więcej… Jaka ty jesteś ciekawa… Dzieci poszły spać a ty się nudzisz? – zaczęłam się śmiać z przyjaciółki.
- Dobra, już tu się ze mnie nie nabijaj. – usłyszałam oskarżycielski ton – No to może opowiesz mi jakieś szczegóły?
- Chyba zwariowałaś… Potrzymam cię w niepewności i opowiem wszystko jak przyjadę…
- No wiesz co, tak mnie torturować? To powiedz chociaż czy się dobrze całuje.
- Ewka ile ty masz lat? Piętnaście? – powiedziałam ze zdziwieniem
- No weź..
- Nieziemsko. Nic więcej się nie dowiesz… Muszę kończyć. Buziaki – i posłałam kilka całusków w stronę telefonu.
- A co ty taka tajemnicza? – usłyszałam za swoimi plecami. Tak czułam, że ktoś wszedł.
- Nutka tajemniczości zawsze się przyda… - powiedziałam mrużąc lekko oczy.
- Przede mną to ty chyba żadnych tajemnic nie masz – spojrzał badawczo w moją stronę przekomarzając się.
- Tego nie wiesz – odpowiedziałam z lekkim uśmieszkiem i zniknęłam za drzwiami łazienki.
Jak się okazało wycieczka była na zakupach aby zrobić jakąś kolację. Ja w zamian za to, że z nimi nie poszłam pomagałam innym kobietom na tym zgromadzeniu w kuchni.
- Widzę, że się już lepiej czujesz… - powiedziała Iwona Krzyśka jak weszła do kuchni, co mnie wprawiło w zakłopotanie.
- Tak, musiałam trochę odpocząć. Przepraszam, że nie byłam z wami na zakupach. – odpowiedziałam ze skruszonym wzrokiem a w głowie miałam myśl, żeby zabić Marcina. Wszystko sobie ukartował a oni będą się z nas podśmiechiwać.
- W porządku, nic się nie stało. Dobrze, że już ci lepiej to teraz nam pomożesz.
Z dziewczynami można było porozmawiać na każdy temat. Było dużo śmiechu. Rozmowy w kuchni nie miały końca tak jak i później przy kolacji. Wszyscy rozeszli się do swoich pokoi.
- Ty śpisz dziś albo na podłodze, albo na fotelu. Jak wolisz.
- Dlaczego? – spytał zdziwiony, już miał zamiar kłaść się do łóżka.
- Tak kłamać? Jeszcze dla swojej przyjemności? – mówiłam z wyciągniętym palcem wskazującym
- Karina nie mów, że tobie przyjemnie nie było? – uśmiechnął się i powoli zaczął się do mnie zbliżać.
- Ani kroku więcej… – nakazałam jak niesfornemu psiakowi. Jednak ten się nie posłuchał. Nadal kroczył w moją stronę. – Marcin! Dzisiaj już limit wykorzystałeś…
- To jest jakiś limit? – zapytał zatrzymując się. Ja w tym momencie zdążyłam złapać ciepły sweter i umknąć na balkon. Środkowy nie podjął już dalszych prób ubłagania mnie. Traf chciał, że drzwi się zatrzasnęły i nie mogłam ich otworzyć. Marcin akurat poszedł się myć więc nie miałam co się dobijać. I tak nie usłyszy. Muszę cierpliwie czekać aż wróci do pokoju.
Zdążyłam zapalić jeszcze dwa papierosy a jego nie było. Dłonie mi przemarzły, cała byłam już przemarznięta. Jego nie było... Już zaczynałam tracić nadzieję gdy w końcu łaskawca wrócił.
- Karina, czemu ty jeszcze jesteś na dworze? – powiedział otwierając drzwi balkonowe.
- Bo się drzwi zacięły. – wyjaśniłam. Było mi tak zimno, że zęby same mi trzaskały. Środkowy skombinował całą masę koców i ułożył je na łóżku zaraz po tym jak ja się tam znalazłam.
Na końcu pod kupkę koców wszedł Marcin i zaczął pocierać moje zziębnięte ramiona. Było mi tak dobrze, ciepło rozpływało się po moim ciele. Ze zmęczenia usnęłam w jego ramionach.
                Efektem zdarzeń minionej nocy była grypa. Niestety ten sylwester będzie jednym z nie udanych. Gorączkę udało się zbić jednak katar czy ból gardła to już nie…
- To może karaoke. – rzucił pomysłem Ignaczak.
- Tak Karina ma niezły głos. Niech będzie. – dodał Możdżonek.
- Marcin z takim głosem nic nie wskóram dzisiaj. – zaskrzeczałam
Wszyscy bawili się wyśmienicie. Każdy pośpiewał, powygłupiał się.
- Karina, mnie nie nabierzesz na chore gardło. Wiem, że kiedyś dawałaś radę zaśpiewać z o wiele gorszą infekcją. – powiedział Kamil, ja tylko puszczałam pioruny w jego stronę. Marcin zaczął skandować moje imię a reszta to podłapała. Rad nie rad musiałam coś im zaśpiewać bo nie daliby mi spokoju.
- To jaki repertuar mi wybrałeś? – zapytałam Kamila.
- Zaraz zobaczysz. – odpowiedział uśmiechając się nikle.
Gdy usłyszałam pierwsze dźwięki uśmiechnęłam się promiennie. Jego ulubiona piosenka z każdego mojego „małego koncertu”. Utwór Danuty Łobaszewskiej „Taki cud i miód” był także jednym z moich ulubionych. Podczas śpiewania próbowałam nie patrzeć na Marcina, bo chyba zaczęłam się w nim zakochiwać. Tak mi się może tylko wydaje. Nie chciałam, żeby ktoś się domyślił czegokolwiek dopóki sama nie będę pewna.

Północ przyszła, życzenia poskładane. Został Marcin, chciałam to jakoś załatwić żartobliwie. Życzenia „z jajem” są najlepsze. Niestety nie udało mi się. Wystarczyło spojrzeć w jego niebieskie oczy i cała moja pewność siebie odeszła w niepamięć. 




                     
Kuczaki, trochę mnie tutaj nie było. Chyba z pół roku. Dlatego postanowiłam wstawić jakieś przypomnienie, nie wiem czy wam się przyda.
Dzisiaj wstawiłam krótszy bo już dłużej w niepewności trzymać was nie chciałam :D
Miłego czytania niania niania :D

środa, 29 stycznia 2014

11. Dobrze wiesz o co mi chodzi

Wszyscy przyjęli mnie bardzo ciepło. Obiad minął na żartach i różnych anegdotach z życia siatkarskiego. Część znałam bardzo dobrze z Internetu, ale i tak było miło. Wróciłam do swojego pokoju. Cały czas miałam uśmiech na twarzy. Można nawet powiedzieć, że jestem szczęśliwa. Na pewno? To jest źródło mojego szczęścia?
Leżałam na łóżku i myślałam o tym. Miałam ochotę z kimś o tym porozmawiać. Zadzwoniłam do Eweliny. Nie wiem co chciałam jej powiedzieć. Chyba chciałam spytać czy jest szczęśliwa z Konradem, czy spełnia się w życiu. Nie odbierała. Rozczarowana ubrałam się ciepło i wyszłam na balkon. Dym papierosa tym razem nie pomógł. Cały czas myślałam. Nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Bardzo chciałam zignorować przybysza. Niestety nie udało mi się. Zbyt natarczywy.
- Tak? – zapytałam otwierając drzwi.
- Czy zamawiała pani białe wino z dostawą do pokoju? – powiedział gość, którego bardzo dobrze znam.
- Kamil, jak ja ciebie dawno nie widziałam. – rzuciłam się w ramiona kolegi, który jest dobrym znajomym mojego brata co za tym idzie i moim. – Wejdź, moje ulubione – powiedziałam, gdy podał mi wino do ręki.
- Karina powiedz mi, co ty zrobiłaś ze swoimi blond włosami?
- Nie widać?- zironizowałam. – Kurczę, nie wiesz czy w wyposażeniu pokoju jest korkociąg?
- W barku powinno być wszystko, kieliszki i korkociąg. Daj, otworzę.
- A powiedz mi, co tu robisz?
- Niedawno przyjechałem, kumple z drużyny zorganizowali taki wypad sylwestrowy.
- Kumple z drużyny? – zaczęło mi świtać – To ty jesteś tym brakującym ziomkiem Marcina, Łukasza i tych wszystkich wielkoludów? – zapytałam zszokowana. Jak ja mogłam zapomnieć, że Kamil też gra w siatkówkę.
- Nie obrażaj moich kolegów i mnie przy okazji, bo też do niskich nie należę, nie to co ty karzełku. – powiedział, podając mi kieliszek. Kamil jest młodszy ode mnie o 4 lata. Mieszkał w tej samej miejscowości, więc w dzieciństwie często spędzaliśmy razem czas.
- Oj tam, oj tam. Lepiej opowiedz, co u ciebie.
- Gram teraz w zespole rzeszowskim. Nie mam nikogo. Możliwe, że zostanę powołany w tym sezonie do kadry. Często widuję się z Ryśkiem. No i co jeszcze, z mojego życiorysu na dzień dzisiejszy to tyle. Więc opowiadaj co u ciebie?
- Sądzę, że Gabryś już ci część opowiedział. A oprócz tego to byłam dzisiaj na obiedzie z twoimi kolegami, najlepiej dogaduję się z Możdżonkiem. Obecnie mieszkam w Lubinie. Tyle.
- Właśnie miałem się pytać skąd ty tutaj. Teraz poskładałem wszystko w całość i jesteś tą nową naszego kapitana.
- Hola, hola – podniosłam ręce w górę – nie jestem „tą nową waszego kapitana” tylko znajomą. Nic nas nie łączy oprócz tego, że się świetnie dogadujemy.
- Czekałem kiedy wybuchniesz – zaczął się śmiać za co dostał w ramię. – Więc opowiedz mi jak się poznaliście, chociaż znając ciebie to coś odwaliłaś.
- Od razu odwaliłaś. Niechcący rozlałam na niego kawę w galerii. Tyle. Później wprosił się na imprezę urodzinową, uratował mnie od Arka, od zboczonego szefa, pomógł mi przywrócić dziecku uśmiech na twarz. No i mnie pocałował.
- Pocałował? – zapytał zaskoczony.
- A co w tym takiego dziwnego? To, że ciebie kiedyś zdzieliłam po twarzy nie znaczy, że nadal taka jestem. – jakieś pięć lat temu młody chciał spróbować swojego uroku osobistego. Nie udało mu się.
- Uwierz ten kolor włosów teraz do ciebie pasuje. A co ma oznaczać, że uratował cię od Arka i zboczonego szefa?
- Na urodzinach moich Arek przyszedł wstawiony i zaczął mnie szarpać. Marcin nagle wyrósł przy mnie i sprawił, że mój były dał spokój. Chociaż na jakiś czas. Bo przed wyjazdem jeszcze z nim rozmawiałam.
- A szef? – zapytał. Niepotrzebnie się wygadałam. Jak teraz mam z tego wybrnąć?
- Idę zapalić, dołączysz? – Wzięłam gruby sweter i paczkę. Chciałam uciec od tej rozmowy.
- Nie uciekniesz od tego. Jeżeli teraz nie chcesz to nie mów, ale jakby co to dwa pokoje dalej będę siedział i czekał. Swoją drogą to Marcin taki hero. Musiałaś czymś mu zaimponować. Na pewno nie papierosami. – podniósł w górę rękę z palącą się fajką.
- Czepia się czasami o to, jednak nic więcej. – powiedziałam zaciągając się. Nagle rozdzwonił się mój telefon.
- Co tam?
…..
- U siebie jestem.
…..
- No to chodź, drzwi są otwarte.
- Marcin dzwonił. Jeżeli nie chcesz… - Marcin już wszedł uprzednio rozglądając się po pokoju. Nie zdążyłam uprzedzić Kamila, który  palił zawsze tylko ze mną. Nikt więcej nie wiedział o jego malutkim nałogu.
- Dlaczego demoralizujesz nam młodego. - Powiedział stając w drzwiach balkonowych.
- Nie demoralizuję. – powiedziałam robiąc ładne oczy i głupkowato się uśmiechając.
- Tak, jeszcze powiedz, że sam chciał papierosa i sam przyniósł wino.
- No tak – odpowiedziałam uśmiechając się, bo wiedziałam, że jego sroga mina jest tylko na pozór. Kamil jednak nic nie mówił. Stał z boku, obserwował całą tę sytuację i spokojnie palił. Marcin w pewnym momencie się uśmiechnął pokazując białe zęby.
- Co tam młody, o której dojechałeś? – zwrócił się do Kamila.
- Zaraz po waszym obiedzie, bo widziałem się z Winiarem i Kurkiem. Musiałem odwiedzić Karinę i sprawdzić czy to na pewno ta moja Karina. – uśmiechnął się do mnie i objął ramieniem.
- Właśnie miałem się pytać skąd się znacie. – powiedział lekko speszony środkowy.
- Kamil to kolega mojego brata. Można powiedzieć, że to dla mnie drugi braciszek. – przytuliłam Kamila. – Wracajmy do środka bo jakoś tak zimno. Jakby zima miała być. -  zażartowałam na co chłopcy zaczęli śmiać się jak głupi.
                Wieczór upłynął na pogaduchach i upijaniu się winem. Kamil wyszedł, a Marcin jeszcze został. Jak zwykle pod wpływem alkoholu włączają mi się głupie pomysły.
- Marcin co byś powiedział na… - mówiłam jeżdżąc delikatnie palcem po jego przedramieniu - Nie to głupie.
- Jak już zaczęłaś to skończ – odpowiedział, po czym namiętnie wpił się w moje usta i przygniótł swoim ciałem.
- Nie muszę, dobrze wiesz o co mi chodzi.

                Rano obudził mnie dzwonek telefonu. Nie mojego. Szybko znalazłam urządzenie nie dające mi spać.
- Marcin telefon – mówię trącając go w ramię. Podczas jego rozmowy przypominałam sobie chwile z nocy. To była najpiękniejsza noc mojego życia. Uśmiechałam się na wspomnienia każdego dotyku, pocałunku, pieszczoty.
- Dzień dobry – powiedział środkowy po zakończonej rozmowie cmokając mnie w policzek.  – Jak się spało?
- Mogę powiedzieć ci szczerze? – przytaknął – Mi się spało super. Jestem wypoczęta. – mówię składając soczystego całusa.
- To chyba nie dobrze, skoro jesteś wypoczęta – powiedział, śmiejąc się. – Winiar dzwonił. Są już na obiedzie, a nas nadal nie ma.
- Jak to na obiedzie? – mówię zdziwiona, podnosząc się na łokciach.
- Już jest czternasta. Za godzinę ruszamy dalej. Nie dziw się tak, tylko pakuj.
- Mi się tutaj podoba.
- Tam będzie jeszcze piękniej. – pocałował i wyszedł.
Zamiast się pakować wyszłam na balkon zapalić. To była cudowna noc i nie mogłam tego zatrzymać dla siebie. Jedyną osobą, która mogłaby mnie wysłuchać to Marlena. Niestety teraz nie mam czasu na rozmowy przez skype. Dlatego zadzwoniłam do Eweliny.
- Cześć kochana jak się masz?
- Hej Karinka, u mnie wszystko w porządku. Dzieci zdrowe, Konrad znowu w delegacji, ale jest lepiej. A jak u ciebie?
- Wiesz mam taki mały dylemacik.
- Jaki znowu dylemacik. Karina co zrobiłaś. Ja znam te twoje dylematy – mówi śmiejąc się.
- Przespałam się z Możdżonkiem. – mówię spokojnie a po drugiej stronie telefonu słyszę jak Ewelina się krztusi.
- Czy ja się nie przesłyszałam?
- Nie to jest prawda, właśnie się obudziliśmy. Nie wiem za bardzo co robić, bo ja niby traktuję to jak zwykły seks nic więcej jesteśmy przyjaciółmi. A jak to się wszystko spieprzy?
- Karina, na razie czekaj na przebieg wydarzeń i oczywiście porozmawiaj z nim, ewentualnie wybadaj sytuację. A może przyda ci się ktoś taki odpowiedzialny jak on. Liczę, że to wszystko się ułoży jak najlepiej.
- Ewelcia, ty tutaj nie baw się we wróżkę. Dzięki za rady. Trzymaj się. Będę Cię informowała jakby co. Ucałuj dzieciaczki. – posłałam kilka buziaczków przez telefon i wzięłam się za pakowanie.
                Siedząc już w aucie Marcina, przyglądałam mu się uważnie i myślałam o tym, co powiedziała Ewelina. Środkowy wyłapał mój wzrok i uśmiechnął się.
- Co mi się tak przyglądasz?
- Próbuję coś wyczytać z twojej twarzy. Jesteś taką jedną wielką zagadką.
- Naprawdę? Jestem zagadką?
- No tak, bo o czym teraz myślisz? – mówię myśląc, że mi pomoże.
- Myślę o naszej ostatniej nocy.
- A o czym dokładnie? – pytam z nadzieją, że wypowie te słowa, o których ja sama myślę.
- Czy to co się wydarzyło wczoraj popsuje nasze relacje… - przyjął twarz myśliciela.
- W sensie naszej przyjaźni? – pytam na co dostaję potwierdzenie więc kontynuuję mój monolog. – Posłuchaj wydaje mi się, że jak od czasu do czasu sobie będziemy robili takie „prezenty” to nic złego się nie stanie. – po mojej wypowiedzi na jego twarzy zagościł banan. Dalsza podróż minęła nam już w przyjaznej atmosferze. Od czasu do czasu robiliśmy sobie przerwę na mojego papierosa. Już nie mogłam się doczekać sylwestra.

Jechaliśmy bardzo długo. W końcu moim oczom ukazał się malowniczy domek wśród drzew. Do najbliższego sklepu było godzinę drogi. Żałowałam, że nie zrobiłam zakupów na ostatnim postoju na stacji benzynowej.
- Co jest Karina? – zapytał z przejęciem Marcin.
- Nic takiego, oprócz tego, że sklep jest daleko. – zrobiłam naburmuszoną minę.
- Ej, nie masz co się wkurzać. – uśmiechnął się szczerze po czym sięgnął do kieszeni torby – nie pochwalam twojego palenia, ale kupiłem Ci zapas. Przed sylwestrem i tak będziemy jeszcze jechać to wtedy sobie jeszcze dokupisz – powiedział i rzucił mi paczkę. Chciałam mu podziękować i pocałować w policzek, niestety nie skoordynowaliśmy ruchów i w efekcie pocałowałam go w usta. Marcin chciał więcej, ale ja na to nie pozwoliłam.
- Marcin, musimy przy nich? – wskazałam na samochody innych siatkarzy.
- Przeszkadza ci?
- Trochę tak. Nie chcę, żeby oni wiedzieli, że my ten tego… - powiedziałam charakterystycznie wykonując ruch ciałem.
- Wydaje mi się, że i tak się domyślają. Nie byliśmy cicho ostatniej nocy, no i obojga nas nie było na śniadaniu i obiedzie. – powiedział śmiejąc się perliście, za co dostał w bok z łokcia. – Auć, to bolało. Zaraz dostaniesz. – złapał mnie w pasie i biegł aby wrzucić w największą zaspę, niestety sam przy okazji stracił równowagę.
 - I co, panie wielki? – powiedziałam leżąc pod nim. – Nie jestem taka lekka niż by się mogło wydawać? – poruszyłam brwią
- Po ostatniej nocy, na pewno jesteś lżejsza. Jeszcze kilka przed nami i będę cie podrzucał z łatwością.
- O ty…. – powiedziałam po czym cisnęłam mu w twarz trochę śniegu.
- Tak się bawisz. Nie zapominaj, że nadal cię trzymam. – odpowiedział i taką zmarzniętą twarzą przytulił się do mojej.
 - Chodźcie już, duże dzieci!!! – dało się usłyszeć spod drzwi głos Ignaczaka. – Pokoje są przydzielane i jest problem.






No i w końcu się udało.... kolejny rozdział opublikowany.... Jak myślicie za jaki czas pojawi się 12?
Pozdrawiam was wszystkich cieplutko i miłej lektury... :D