niedziela, 14 lipca 2013

7. Goście, goście i po gościach

Dochodziła dwudziesta. Brodatego nie było. Zrobiłam prowizoryczną sałatkę, żeby głodomory miały co jeść. Ten duży i ten mały. Hania nadal szalała w rytm muzyki. Skąd ona bierze tyle energii. Zaczęła lecieć jedna z tych piosenek, przy których nie dane mi siedzieć. Backstreet Boys i ich „Get down” zawsze wprawiają mnie w ruch.
- Hania teraz tyłeczkiem tak jak cię uczyłam. I w dół, i w dół a teraz obrót. Ślicznie. – Piosenka dobiegała końca. Mogę już odpocząć naprawdę. – Ciocia teraz usiądzie. Parkiet należy do ciebie, słońce. Wanatówna tak szalała, że boję się o konkurencję. Uśmiechnęłam się na jej widok i klapłam na sofie. Nagle obok pojawił się Marcin.
- Fajny układ. Najbardziej podoba mi się ta część z tyłeczkiem. – uśmiechnął się poruszając znacząco brwiami.
- Ej, długo już jesteś?
- Wystarczająco długo. W dodatku nie sam.
- Jak to? – zapytałam zdziwiona. – Nie mogłeś mnie uprzedzić? Bym się jakoś ubrała normalnie.
- Dobrze jest. Robiłaś coś do jedzenia, bo jak nie to zamawiamy pizze.
- Daj spokój z pizzą. Zrobiłam sałatkę a jak chcesz to mogę jeszcze ciasteczka upiec. Mam przypływ kucharzenia. A w twojej kuchni to sama przyjemność.
- Dobra, dobra. Nie podlizuj się. I tak nie ominie cię. Za godzinę dojdzie jeszcze kilku. Na razie jest tylko jeden. – Kurcze już myślałam, że dziś da sobie spokój. Jutro by mogli przyjść jego koledzy. Wtedy dłużej bym pobawiła się w kucharkę. Ubrała normalnie. – Jednak ciasteczka kusząca propozycja. Ile będzie trzeba na nie czekać?
- Wydaje mi się, że będą gotowe na przybycie TWOICH gości. -  powiedziałam wyraźnie akcentując przedostatnie słowo. – Hania idziesz ze mną na zakupy?
- A daleko? Bo się troszkę zmęczyłam tym tańczeniem.
- Nie daleko. Zaraz za rogiem jest sklep osiedlowy. – odpowiedział Marcin kucając przy Małej – wiesz Hania jak pójdziesz z ciocią to szybciej pójdą jej te zakupy, bo inaczej to z godzinę będzie się zastanawiała nad wyborem cukru – powiedział puszczając mi oczko. Ja zrobiłam tylko naburmuszoną minę a Hania zaśmiała się dźwięcznie.
- No dobra. Pójdę. – odpowiedziała i poszła ubierać kurtkę.
- Za te zakupy to nie dostaniesz ciasteczek. A ty i twój gość zjedzcie tę sałatkę jest w lodówce. – powiedziałam gdy Hania nas nie słuchała -  Uważaj tylko żebyś się nie zadławił – dodałam z cwaniackim uśmiechem zakładając już buty.
Gdy wychodziłam usłyszałam jak jego tajemniczy gość wyłaniał się z toalety. Niestety nie było mi dane zobaczyć kto to taki przybył razem z Marcinem. W sklepie poszło nam szybciutko. Zadziwiające jak szybko środkowy złapał dobry kontakt z Hanią. Mała dogaduje się z nim lepiej niż ze mną. Nie, nie jestem zazdrosna. Nawet dobrze, że się go nie boi jak mnie na początku. Z zamyślenia wyrwał mnie Marcin.
- Karina, ziemia do ciebie.
- Tak jestem, ląduję. – zaśmiałam się – O co chodzi?
- Dziś ci się jednak upiekło
- Raczej się nie upiekło – uśmiechnęłam się wskazując na reklamówkę z zakupami z czego powstać miały ciasteczka śmietanowe. – Testowałeś sałatkę na swoim gościu i odwołałeś dzisiejsze spotkanie?
- Tak mamy trupa w szafie, odwołałem gości bo nie zdążyłbym go sprzątnąć…
- Jakiego trupa? – zapytała wystraszona lekko Hania
- Żadnego trupa, wujek żartował. Ty chyba śpiąca już jesteś, co?
- Trochę mi się oczy zamykają, ale jak potrzymam paluszkami to jeszcze mogę nie spać.
                Roześmialiśmy się i stwierdziliśmy zgodnie, że zrobimy sobie „pidżama party”. Oczywiście tylko we trójkę. Nie wnikałam dlaczego towarzystwo się nie pojawiło. Za to jutro będę już przygotowana. Teraz siedzimy oglądamy „Króla Lwa”. Wszyscy w pidżamach, chociaż Marcin wyglądał jakby miał zaraz iść biegać. Jak zwykle w chwili śmierci Mufasy łezka kręci mi się w oku. Hania niestety nie obejrzała finału. Odpłynęła zaraz po tym jak Simba został odnaleziony przez swoją przyjaciółkę. Marcin odniósł ją do naszego tymczasowego pokoju a ja poszłam do kuchni nastawić wodę na herbatę.
- Co robisz? – zapytał wchodząc do kuchni.
- Musisz straszyć? Zawału można dostać – złapałam się za klatkę – nastawiam wodę na herbatę.
- Nie nastawiaj.
- Że co? – zapytałam zdziwiona.
- To, że kupiłem coś mocniejszego.
- Ty chcesz, żebym popadła w alkoholizm? – zadałam pytanie retoryczne – Idę zapalić. Gdzie masz balkon?
- Nie mam.
- Jak to nie masz? Jak można nie mieć balkonu w mieszkaniu?
- Normalnie. Najwyżej nie zapalisz.
- Zapalę, idę na zewnątrz w takim razie.
- O nie, nigdzie nie idziesz. Siadaj otwieraj okno a ja idę po piweczko.
- Widzisz, że rozwiązanie się znalazło – powiedziałam z uśmiechem.
- Nie wiedziałem jakie piwo lubisz więc wziąłem ci Desperadosa.
- Ujdzie. Piłam gorsze. – znów pokazałam swoje zęby i zaciągnęłam się papierosem mentolowym.
- Ja się o ciebie martwię a ty tylko kpisz. Chcesz dostać?
- O już się boję. – powiedziałam z ironią patrząc się w czarną otchłań za oknem. Oczywiście, żeby nie śmierdziało włączony został okap i okno uchyliłam. Zdążyłam wypowiedzieć te słowa a już Marcin znalazł się obok i wyrwał mi prawie całego papierosa zmoczył go i wyrzucił. Ja w wielkim szoku nie mogłam się ruszyć, przecież to były żarty.
Niestety na papierosie się nie skończyło. Tą lekko zamoczoną dłonią ochlapał mi twarz i dodał z uśmiechem.- Lepiej zacznij. – Uwierzcie mi gdyby nie ten uśmiech na serio zaczęłabym się bać.
- Yhy. Zobacz jak się cała trzęsę – mówiłam idąc w stronę zlewu. Nalałam w szklankę wody i miałam się napić gdy przyszedł mi do głowy szaleńczy plan. Podeszłam do niego, on siedział oglądając dalej bajkę z piweczkiem w ręku, zatrzęsłam lekko ręką i jego zawartość wylała się na głowę i nogi. Ogółem rzecz biorąc wylałam całą szklaneczkę na naszego środkowego.
Zerwał się na równe nogi i zanim ogarnął co się działo ja zaczęłam uciekać. Na próżno próbowałam zamknąć się w łazience. Dopadł mnie podczas zatrzaskiwania drzwi. Pospiesznie chwyciłam słuchawkę prysznica.
- Nawet nie myśl podchodzić bliżej.
- Bo co? Odkręcisz kurek i woda będzie leciała?
- Żebyś wiedział.
- Nie masz co się trudzić, jestem szybszy – powiedział zbliżając się w moją stronę. Faktycznie był szybszy. Złapał mnie i aby mieć większą przyjemność powolnymi ruchami kierował słuchawką po mojej głowie. Stałam spokojnie, ale pękłam i popchnęłam go do wanny. W efekcie wylądowałam między jego nogami w wannie cała mokra. Zaczęliśmy się śmiać.
- Marcin już spokój – klepnęłam go po udzie – Hania przecież śpi.
- Dobra, już. Czekaj jakoś się przekręcę. – Tak się wiercił, że dostałam w twarz od siatkarza. Na szczęście tylko lekko, jednak nie zaszkodzi wprowadzić dramatu.
- Ała – jęknęłam na co brodaty zareagował jak poparzony. Szybko odwrócił się w moją stronę. Zwinnie to uczynił abym znowu nie ucierpiała. – Mam wszystkie zęby? – chciałam rozładować napięcie. On pokiwał tylko głową i delikatnie dotknął mojego policzka. Jego oczy były przepełnione troską i wielkim uczuciem. Kiedyś marzyłam o takiej sytuacji gdzie głównym bohaterem był właśnie nasz środkowy. Sparaliżowana czekałam chociaż przeczuwałam co się wydarzy. Nie ruszyłam się nawet o milimetr. Jego twarz była coraz bliżej. Już niewiele brakowało.

                Właśnie siedzę na kanapie z Hanią i czytamy „Kajtkowe przygody”, ciasteczka w piekarniku. Marcina nie ma. Mam nadzieję, że mnie uprzedzi czy wróci sam. Jak pomyślałam tak za chwilę odezwał się mój telefon.
- No co tam?
….
- Ok. To już jest wszystko gotowe. Do zobaczenia.
Nasze relacje po wczorajszym się nie zmieniły na szczęście. Nie lubię takich dziwnych relacji a na pewno nie przebolałabym gdyby tak było.
- Chodź Hania ciocia się ogarnie.
- Wujek już wraca?
- Tak, z gośćmi.
- Ja też muszę się zgarnąć. – Na te słowa się tylko uśmiechnęłam.
- To idziemy.
Gdy przeglądałam swoje ubrania aby ubrać się normalnie Hania zagięła mnie pytaniem…
- Ciocia kochasz wujka? – oczy jak pięć złotych można było zauważyć u mnie.
- Nic takiego nie zanotowałam ostatnio. Jednego jestem pewna, ty zagościłaś w moim serduszku i nikt więcej się nie zmieści. – odpowiedziałam opanowując zdziwienie.
- Dobrze i szkoda.
- Dlaczego?
- Dobrze bo tatuś oprócz mnie też nie kocha nikogo a szkoda, że nikt się już nie zmieści w twoim serduszku ciocia. – znowu mnie zagięła.
- Kochanie – przykucnęłam – twój tatuś i ja kiedyś bardzo mocno darzyliśmy się uczuciem. Nie wyszło i na szczęście jesteś ty. – pacnęłam lekko jej noska a moje oczy się zaszkliły. Szybko się odwróciłam nie chciałam, żeby widziała jak mi przykro, że kiedyś nam nie wyszło. Pomyślałaby, że to przez nią, a ona nie jest niczemu winna.
- Dobrze ciociu, że się nie gniewasz na tatę. – powiedziała wtulając we mnie swoją twarzyczkę. Kocham tę malutką istotkę. Nasze tkwienie w stanie czułości przerwał dźwięk przekręcanych kluczy.
- Hania zamykamy szybko drzwi. Jesteś gotowa?
- Nie
- No to szybciutko. – roześmiałam się. Ja stałam w samym staniku a Hania była bez spódniczki. Marcin wchodząc zapytał gdzie jesteśmy.
- U nas – odkrzyknęłam – ciastka wyjmij z piekarnika bo czuję, że są gotowe i z lodówki weź koreczki. Zaraz wstawię zapiekankę do podgrzania.
Teraz dopiero się zaczęłam bać tego spotkania. Moje rude warkoczyki spięłam gumką wysoko w nieładzie. Za drzwiami było słychać wiele męskich głosów. Nerwy biorą górę.
- Ciocia denerwujesz się?
- Nawet nie wiem malutka jak bardzo.
- Nie ma czego to tylko duzi faceci jak wujek. Tak przynajmniej mi tłumaczył. – uśmiechnęłam się na te słowa.
- Dobra kochana to idź wybadaj teren a ja musze tu sprzątnąć bo zrobiłyśmy lekki bałagan. – Hania zniknęła i usłyszałam wielkie poruszenie. Zrobiła na nich wrażenie. Tak przynajmniej wnioskuję po odgłosach.
Wychodząc z pokoju potknęłam się o duże buty w przedpokoju i runęłam jak długa robiąc hałasu sporo i uderzyłam głową o coś twardego. Ostatnie co słyszałam to swoje imię powtarzane przez Marcina i krzyk Hani.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz