czwartek, 3 lipca 2014

12. Nieziemsko. Nic więcej się nie dowiesz

Małe przypomnienie... Karina obawiała się jak przyjmą ją znajomi siatkarza. Niepotrzebnie gdyż to nie są potwory. Po obiedzie późnym wieczorem w Hotelu Górskim do Kariny drzwi zapukał kolega z dawnych lat. Karina i Marcin spędzili upojną noc. Karina nie chciała aby to było coś więcej. W drodze do kolejnego i ostatniego punktu atrakcji musiała odbyć z nim poważną rozmowę. Oboje zgodzili się, że to tylko zabawa i postanowili korzystać ze wspólnego wjazdu.


                                            
Problemem okazał się brak dwóch pokoi jednoosobowych. Został już tylko pokój zwany „dla nowożeńców”. Ostatnią jedynkę zajął Kamil. Próbowałam z nim wynegocjować jakoś ten pokój, niestety. Tak samo uparty jak w dzieciństwie. Z drugiej strony nie przeszkadzało mi za bardzo dzielenie pokoju ze środkowym. Jednak trzeba było odegrać jakąś szopkę.
- No i jak? – zapytał gdy wnieśliśmy wszystkie bagaże.
- Łóżko wygodne, będzie ekstra. No i najważniejsze jest balkon. – uśmiechnęłam się.
- No tak, balkon.
Marcin szybko się rozpakował, mi jednak dużo czasu to zajęło. Po wyjęciu wszystkich rzeczy z walizek, zeszłam na dół. Tam przy kominku siedział tylko Możdżonek.
- Gdzie są wszyscy? – zapytałam
- Poszli na spacer. Długo ich nie będzie.
- Skąd możesz wiedzieć? Dawno wyszli?
- Jakieś pół godziny temu.
- Myślałam, że ich dogonimy. Dlaczego mnie nie zawołałeś?
- Mam dla ciebie inne zadanie – powiedział unosząc brew do góry.
- Marcin, na pewno nie. – powiedziałam, przeczuwając o co mu chodzi
- Dlaczego nie? Mamy całą chatkę dla siebie. Można to wykorzystać. – wstał z kanapy i zaczął iść w moją stronę. Ja aby się podroczyć zaczęłam wycofywać swoje kroki na górę.
- Marcin, ale co sobie o nas pomyślą. Jesteś jakiś niewyżyty. – powiedziałam śmiejąc się i zaczęłam szybciej przebierać nogami. Złapał mnie w połowie drogi i do pokoju zaniósł na rękach.

- Marcin przez ciebie się uzależnię. – powiedziałam będąc już na balkonie z papierosem w ręku.
- To nawet i dobrze. – odpowiedział uśmiechając się.
- Ubieraj się, bo wracają – rzuciłam pośpiesznie w jego stronę, gdyż zobaczyłam zbliżające się światła.
Po założeniu swoich porozrzucanych rzeczy Marcin zszedł na dół aby podłożyć do kominka. Ja kończąc papierosa usłyszałam, że ktoś próbuje się ze mną skontaktować.
- Tak, słucham?
- Dlaczego się nic nie odzywasz? Miałaś dać mi znać…. Rozmawiałaś z nim?
- Rozmawialiśmy, to tylko sex nic więcej… Jaka ty jesteś ciekawa… Dzieci poszły spać a ty się nudzisz? – zaczęłam się śmiać z przyjaciółki.
- Dobra, już tu się ze mnie nie nabijaj. – usłyszałam oskarżycielski ton – No to może opowiesz mi jakieś szczegóły?
- Chyba zwariowałaś… Potrzymam cię w niepewności i opowiem wszystko jak przyjadę…
- No wiesz co, tak mnie torturować? To powiedz chociaż czy się dobrze całuje.
- Ewka ile ty masz lat? Piętnaście? – powiedziałam ze zdziwieniem
- No weź..
- Nieziemsko. Nic więcej się nie dowiesz… Muszę kończyć. Buziaki – i posłałam kilka całusków w stronę telefonu.
- A co ty taka tajemnicza? – usłyszałam za swoimi plecami. Tak czułam, że ktoś wszedł.
- Nutka tajemniczości zawsze się przyda… - powiedziałam mrużąc lekko oczy.
- Przede mną to ty chyba żadnych tajemnic nie masz – spojrzał badawczo w moją stronę przekomarzając się.
- Tego nie wiesz – odpowiedziałam z lekkim uśmieszkiem i zniknęłam za drzwiami łazienki.
Jak się okazało wycieczka była na zakupach aby zrobić jakąś kolację. Ja w zamian za to, że z nimi nie poszłam pomagałam innym kobietom na tym zgromadzeniu w kuchni.
- Widzę, że się już lepiej czujesz… - powiedziała Iwona Krzyśka jak weszła do kuchni, co mnie wprawiło w zakłopotanie.
- Tak, musiałam trochę odpocząć. Przepraszam, że nie byłam z wami na zakupach. – odpowiedziałam ze skruszonym wzrokiem a w głowie miałam myśl, żeby zabić Marcina. Wszystko sobie ukartował a oni będą się z nas podśmiechiwać.
- W porządku, nic się nie stało. Dobrze, że już ci lepiej to teraz nam pomożesz.
Z dziewczynami można było porozmawiać na każdy temat. Było dużo śmiechu. Rozmowy w kuchni nie miały końca tak jak i później przy kolacji. Wszyscy rozeszli się do swoich pokoi.
- Ty śpisz dziś albo na podłodze, albo na fotelu. Jak wolisz.
- Dlaczego? – spytał zdziwiony, już miał zamiar kłaść się do łóżka.
- Tak kłamać? Jeszcze dla swojej przyjemności? – mówiłam z wyciągniętym palcem wskazującym
- Karina nie mów, że tobie przyjemnie nie było? – uśmiechnął się i powoli zaczął się do mnie zbliżać.
- Ani kroku więcej… – nakazałam jak niesfornemu psiakowi. Jednak ten się nie posłuchał. Nadal kroczył w moją stronę. – Marcin! Dzisiaj już limit wykorzystałeś…
- To jest jakiś limit? – zapytał zatrzymując się. Ja w tym momencie zdążyłam złapać ciepły sweter i umknąć na balkon. Środkowy nie podjął już dalszych prób ubłagania mnie. Traf chciał, że drzwi się zatrzasnęły i nie mogłam ich otworzyć. Marcin akurat poszedł się myć więc nie miałam co się dobijać. I tak nie usłyszy. Muszę cierpliwie czekać aż wróci do pokoju.
Zdążyłam zapalić jeszcze dwa papierosy a jego nie było. Dłonie mi przemarzły, cała byłam już przemarznięta. Jego nie było... Już zaczynałam tracić nadzieję gdy w końcu łaskawca wrócił.
- Karina, czemu ty jeszcze jesteś na dworze? – powiedział otwierając drzwi balkonowe.
- Bo się drzwi zacięły. – wyjaśniłam. Było mi tak zimno, że zęby same mi trzaskały. Środkowy skombinował całą masę koców i ułożył je na łóżku zaraz po tym jak ja się tam znalazłam.
Na końcu pod kupkę koców wszedł Marcin i zaczął pocierać moje zziębnięte ramiona. Było mi tak dobrze, ciepło rozpływało się po moim ciele. Ze zmęczenia usnęłam w jego ramionach.
                Efektem zdarzeń minionej nocy była grypa. Niestety ten sylwester będzie jednym z nie udanych. Gorączkę udało się zbić jednak katar czy ból gardła to już nie…
- To może karaoke. – rzucił pomysłem Ignaczak.
- Tak Karina ma niezły głos. Niech będzie. – dodał Możdżonek.
- Marcin z takim głosem nic nie wskóram dzisiaj. – zaskrzeczałam
Wszyscy bawili się wyśmienicie. Każdy pośpiewał, powygłupiał się.
- Karina, mnie nie nabierzesz na chore gardło. Wiem, że kiedyś dawałaś radę zaśpiewać z o wiele gorszą infekcją. – powiedział Kamil, ja tylko puszczałam pioruny w jego stronę. Marcin zaczął skandować moje imię a reszta to podłapała. Rad nie rad musiałam coś im zaśpiewać bo nie daliby mi spokoju.
- To jaki repertuar mi wybrałeś? – zapytałam Kamila.
- Zaraz zobaczysz. – odpowiedział uśmiechając się nikle.
Gdy usłyszałam pierwsze dźwięki uśmiechnęłam się promiennie. Jego ulubiona piosenka z każdego mojego „małego koncertu”. Utwór Danuty Łobaszewskiej „Taki cud i miód” był także jednym z moich ulubionych. Podczas śpiewania próbowałam nie patrzeć na Marcina, bo chyba zaczęłam się w nim zakochiwać. Tak mi się może tylko wydaje. Nie chciałam, żeby ktoś się domyślił czegokolwiek dopóki sama nie będę pewna.

Północ przyszła, życzenia poskładane. Został Marcin, chciałam to jakoś załatwić żartobliwie. Życzenia „z jajem” są najlepsze. Niestety nie udało mi się. Wystarczyło spojrzeć w jego niebieskie oczy i cała moja pewność siebie odeszła w niepamięć. 




                     
Kuczaki, trochę mnie tutaj nie było. Chyba z pół roku. Dlatego postanowiłam wstawić jakieś przypomnienie, nie wiem czy wam się przyda.
Dzisiaj wstawiłam krótszy bo już dłużej w niepewności trzymać was nie chciałam :D
Miłego czytania niania niania :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz