poniedziałek, 16 listopada 2015

Przeprosiny


PRZEPRASZAM!!!





Wybaczcie moje drogie, ostatnie miesiące były pod znakiem zapytania mojej dalszej egzystencji.
 Także odzyskałam już laptop i w wolnej chwili będę uzupełniać kolejny rozdział w życiu Kariny i Marcina. Niestety to co miałam już zapisane w wersji roboczej wzięło i zniknęło...
Czekajcie cierpliwie. Na pewno będzie ciekawie :)

czwartek, 8 stycznia 2015

15. Słońce na niebie

- Dzwonił Marcin – oznajmiłam po skończonej rozmowie.
- Tak myślałyśmy – zgodnie stwierdziły Patrycja, Pamela i Marysia, po czym wszystkie się roześmiałyśmy.
- Tak na poważnie, czy nie macie nic przeciwko aby zrobić powtórkę z wczorajszego wieczora? – zapytałam  - Bo będzie podobna ekipa no i dziś mogą pić.
- My jesteśmy za – znów chórkiem odpowiedziały dziewczyny w kuchni.
- I my też – odezwały się siostry z pokoju.
- Ja niestety musze już się zbierać – odpowiedziała Judyta ze smutną miną. – Mam jutro zajęcia i od razu pojadę do Warszawy.
- Szkoda – powiedziałam i mocno ją przytuliłam – to chociaż odprowadzę ciebie na busa, co? – dodałam.
- Nie trzeba, jestem swoim samochodem. Na szczęście wczoraj dużo nie wypiłam.
- To do samochodu
- W porządku – zgodziła się i zaczęła ubierać kurtkę.
- Hania pilnuj tutaj wszystkich tych pań niech się ładnie ubiorą a jak wrócę to pójdziemy i ty też się ładnie ubierzesz. Przyjedzie wujek Lipe. – oznajmiłam małej Wanatównie. Na moje słowa bardzo się ucieszyła. Zanim wyszłam to już słyszałam jak rozstawia dziewczyny po kątach.
- Cieszę się Judytka, że przyjechałaś chociaż na chwilę.
- Kochaniutka, musisz do mnie częściej się odzywać. Jeżeli wykręcisz jakiś numer z Marcinem i ja o tym wiedzieć nie będę to nie wiem co ci zrobię. – powiedziała śmiejąc się a na końcu mocno mnie wyściskała.
Wróciłam sobie na spokojnie do mieszkania. Zabrałam Hanię. Mała wkręciła się w wizytę siatkarzy bo dużo czasu zajęło jej wybieranie odpowiedniej sukienki.  Później poszłyśmy do restauracji aby powiększyć zamówienie. Jak się okazało Wojtek poinformował ekipę, że się pojawię. Zrobiłyśmy sobie mały spacerek. Całe w śniegu i z uśmiechem na twarzach wróciłyśmy do dziewczyn. Nie zdawałam sobie sprawy, że jest tak późno.
- Gdzie wy byłyście tyle czasu? – na progu naskoczyła na mnie Marysia. – Telefonu tez nie wzięłaś, nie miałyśmy kontaktu z tobą. Wojtek dzwonił.
- Tata? – na wspomniane imię ojca, Hania szybko zareagowała.
- Haniu, proszę idź zdejmij mokre rajstopki, ciocia Pamela pomoże ci ubrać drugie. Suche ubrania są w szufladzie w sypialni. Poradzicie sobie. Tak? – przykucnęłam i zapytałam Małej. Ona grzecznie pokiwała  głową i poszła do Pameli. Ja zwróciłam się do Marysi – Rozmawiałaś z Wojtkiem czy czekałaś aż ja wrócę?
- Odebrałam, ale nic konkretnego nie powiedział. Masz do niego oddzwonić. A ja chyba się zakochałam. – roześmiałyśmy się bo znając Marysię nie pierwszy i nie ostatni raz się zakochała. – Karina, ty masz całe te swoje dredy zamarznięte. Weź idź się rozgrzej bo jak Marcin zobaczy ciebie w takim stanie to mi się oberwie. Dopiero chorowałaś.
- No dobrze, więcej nie będę – zrobiłam skruszoną minę i poszłam do łazienki doprowadzić się  do używalności. Następnie zadzwoniłam do Wojtka dowiedzieć się jaki był cel jego kontaktowania się ze mną. Jak się okazało musi przedłużyć pobyt w Berlinie. Stan zdrowia mamy Hani faktycznie jest tragiczny i prosił o opiekę nad Hanią.
Po godzinie zjawili się siatkarze. Zjedliśmy obiad i zaczęliśmy zabawę.
- Karina mogę chwilę z tobą porozmawiać? – zapytał Piotrek gdy przygotowywałam dodatkowe zakąski w kuchni.
- W porządku, tylko pozwolisz, że będę się krzątała tutaj trochę, ale ty się nie krępuj. Siadaj i opowiadaj.
- Bo… mój znajomy ma taki jakby problem… - zaczął się jąkać Nowakowski – Tylko proszę nie przerywaj mi, dobrze?
- Obiecuję – przyłożyłam rękę do serca.
- Podoba mu się Pamela i chciałby się o niej czegoś więcej dowiedzieć. Ona jest taka piękna, ma takie piękne oczy, nawiązuje kontakty z taką łatwością. Jednym słowem jest cudowna. Czy mogłabyś mi powiedzieć czy ma kogoś? – zakończył swój wywód środkowy
- Tobie? – zapytałam specjalnie z przekąsem.
- Ja oczywiście przekażę tę informację dalej.  – poprawił się Piotrek. Ja w środku czułam, że to jednak chodziło o niego.
- Piotruś, mam prośbę. Jeżeli chcesz zasłużyć na jej względy to niewiele ci potrzeba. Bądź sobą. No i odpowiadając na twoje pytanie to nikogo nie ma. Od krótkiego czasu jest sama, ale daj jej czas. Dopiero co zakończyła związek. Musisz być cierpliwy – powiedziałam z uśmiechem.
- Ale to nie ja tylko kolega – broni się dalej Nowakowski.
- Niech będzie, że kolega – dodałam śmiejąc się w duchu. Już nie komentowałam więcej tylko z rozbawieniem wróciłam do pokoju.
- A co ty taka uśmiechnięta? – zapytał Ignaczak
- Zawsze jestem uśmiechnięta, nie zauważyłeś?
- Ciociu, jesteś jak słońce na niebie. Gdy się pojawiasz to…. – nie potrafiła skończyć Hania, a mnie zaskoczyła jej wypowiedź i tak ciepło się zrobiło na sercu.
- Wszystkie smutki ulatują gdzieś
- Dzień staje się piękniejszy
- A największy burak zamienia się kulturalnego faceta. – każdy dokończył zdanie od siebie. Ja nie byłam w stanie powiedzieć słowa. Ciszę przerwał Lipe, który zaczął klaskać.
- Chodź tutaj, nasze słoneczko – rzuciła Marysia. Mocno mnie przytuliła, jak się cieszę, że ją mam. Do nas dołączyli się kolejno, Pamela, Patrycja i chłopaki. Hania próbowała mnie ratować twierdząc, że brakuje mi powietrza.
Wszyscy szczęśliwi wróciliśmy do wcześniejszego świętowania. Zebrałam brudne kubki po herbacie, poszłam do kuchni. Dopiero teraz z policzków spłynęły mi pojedyncze łzy wzruszenia. Stanęłam w oknie i zaczęłam rozmyślać. Słone krople płynęły już ciurkiem.
- Karina, Hania mówiła… - wpadł do kuchni Marcin, zauważył mokre policzki. Nic nie musiałam mówić, zamknął mnie w swoim mocnym uścisku.
- Marcin, to było takie piękne. Nie wiedziałam, że mogę dać tyle dobrego samą sobą.
- Już, spokojnie. Jesteś naszym słoneczkiem. Takim dużym i świecącym głupotą. – powiedział żartobliwie środkowy, za co dostał kuksańca. Dzięki temu łzy przestały się wylewać z moich oczu – o tak znacznie lepiej wyglądasz – uśmiechnął się i jeszcze raz mnie przytulił.
- Rozmazana? – zapytałam żartobliwie
- Uśmiechnięta – odpowiedział na moje pytanie i pomógł mi wytrzeć rozmazany makijaż. Zaczął się przysuwać tak jak on to robi. Już nasze usta miały się złączyć w pocałunku gdy do kuchni weszła Hania.
- Wujkuuuuuu – zaczęła niepewnie – czy twoja obietnica jest nadal aktualna? – Marcin spojrzała na mnie pytającym wzrokiem. Szepnęłam mu na ucho o co chodzi. Ten klepnął się w czoło
- Haniu, moja obietnica nie wygasa, ale jak zauważyłaś mam problemy z pamięcią. Stary już jestem i broda mi urosła – próbował tłumaczyć się
-Dobra, rozumiem masz już plany – posmutniałą Hania i już zaczęła wychodzić
- Hanulka, poczekaj. Gdzie już uciekasz? Czy ja powiedziałem nie? – zapytał retorycznie a Wanatówna tylko pokręciła głową – Powiedz mi tylko kiedy zaczynasz ferie?
- Jutroooooo!!! – krzyknęła uradowana
- Dobrze, to ja teraz porozmawiam z ciocią – spojrzał na mnie a ja się uśmiechnęłam bo wiedziałam o co chodzi – będę musiał ją przekonać, żeby też chciała jechać.
- I tak wiem, że będziecie się całować - powiedziała sarkastycznie Hania. Ja nie wytrzymałam i wybuchłam gromkim śmiechem. Środkowy tylko rzucił za nią słowami aby nikomu nie mówiła i jak tylko siedmiolatka zniknęła za drzwiami wziął się za to co miał w planach. Już nie delikatnie jak miał to zrobić za pierwszym podejściem, ale gwałtownie z czułością i dużą dozą namiętności.

Oczywiście Hania, nie mogła zatrzymać dla siebie swoich myśli a podpite towarzystwo zebrało się w wejściu do kuchni i z wielkim hukiem nam wiwatowało. Zaczerwieniłam się, Marcin mi się roześmiał w nos. Szepnęłam mu tylko, że na więcej może liczyć, jak dziewczyny zaopiekują się siedmiolatką. Na te słowa oczy mu rozbłysły. Rozgoniłam towarzystwo i poszłam zapalić z Marysią. Tym razem nikt nam nie towarzyszył. Pamelą zajął się Piotrek, Hania pośród ulubionych wujków, Edyta z Wiktorią zauroczone siatkarzami, tylko Patrycja siedziała jakaś przytłumiona.



                                                                               
Hej kochaniutkie. Jak mija wam czas? Czekałyście długo na nowe perypetie Kariny i jej przyjaciół? 
Mam nadzieję, że w najbliższym czasie pojawią się nowe przygody :)
Pozdrawiam :*

czwartek, 20 listopada 2014

14. Dzień po wspaniałej zabawie

Dziewczyny bawiły się znakomicie. Wspaniale dogadywały się z chłopakami. Pamela najlepszy kontakt złapała z Piotrkiem. Marysia polubiła Marcina a na tym mi zależało. Za każdym razem jak wychodziłyśmy na papierosa miałyśmy swój temat miłosny. Chyba, że Możdżonek bądź inny siatkarz chciał nam towarzyszyć.
- Karina masz jakieś zapasy? – zapytała Edyta machając pustą butelką po winie.
- Niestety, ale mogę skoczyć do sklepu – odpowiedziałam pośpiesznie.
- To ja pójdę z Tobą – dołączył się Marcin.
- Zostawicie nas samych? – krzyknął z rozpaczą w głosie Krzysiek widząc, że się ubieramy.
- Pamela czuje się tu jak u siebie więc, sami nie zostajecie. – odpowiedziałam rozbawiona zachowaniem rzeszowskiego Libero.
- Wreszcie sami – powiedział i mocno pociągnął mnie w swoją stronę. Zachłannie mnie pocałował jakby tęsknił za smakiem moich ust.
- Marcin… - jęknęłam lekko się odsuwając – zarazisz się.
- Nie szkodzi, najwyżej ty się mną zajmiesz – powiedział uśmiechając się zawadiacko.
- Chodźmy  – pociągnęłam go za rękaw  - jak będziesz grzeczny to już niedługo będziesz mnie widywał częściej. – dodałam odwzajemniając uśmiech.
Gdy wróciliśmy do mieszkania zaczęły się gwizdy. Marysia nic nie powiedziała tylko się uśmiechała. Ja już znam jej ten uśmiech. Chłopaki musieli się zbierać. Marcin pojechał razem z nimi. Dziewczyny pomogły mi posprzątać, głównie to Pamela i Marysia. Reszta nie nadawała się do tego. Jeszcze by się coś pobiło.
- Pamela czy mi się wydaje czy Piotrka – wskazałam na górę – wymieniłaś na Piotrka. – dokończyłam wywód i podałam jej talerz do wytarcia.
- Czepiasz się. Nikogo nie wymieniam. Po prostu z Nowakowskim dobrze mi się rozmawiało ot i cała filozofia.
- Na pewno? – podjęła temat Marysia.
- Na pewno – odpowiedziała i pokazała nam język. Długo jeszcze dyskutowałyśmy na tematy kobiece. Brakowało mi Marysi i naszych wspólnych pogawędek o wszystkim i o niczym. Niestety musiałyśmy przerwać gdyż zadzwonił mój telefon.
- Już się stęsknił? – dziewczyny zaczęły żartować, za co oberwały ścierką.
- Słucham? – udałam, że to jednak nie środkowy.
- Już dojechaliśmy. Jak się dziewczyny trzymają? – zapytał Marcin
- Nie za szybko jechaliście? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie gdyż według mnie zbyt krótko trwała ich podróż do Kędzierzyna.
- Nie martw się o nas, jesteśmy cali i zdrowi, to ja się pytałem jak wy sobie radzicie same, prawie pijane.
- Dobrze, już posprzątałyśmy i będziemy, a raczej ta cześć co nie poległa będzie, szykować się do spania.  – odpowiedziałam i zaczęłam się śmiać gdyż Pamela i Marysia wykonywały dziwne pozy.
- Z czego się śmiejesz? – nie zdążyłam mu odpowiedzieć iż Pamela krzyknęła
- Marcin, my ją utulimy i nawet nie zauważy twojej nieobecności – rozbawiona jej deklaracją po pukałam się w czoło.
- To ja już się na nic zdam dzisiaj - powiedział i pożegnał się – Dobranoc.
Nie zwracając uwagi na pytające spojrzenia koleżanek poszłam do salonu.
- Karina, my możemy spać u ciebie? – z ledwością wybełkotała Wiktoria.
- Kochana jakby nie zauważyć to już śpicie. Macie jeszcze koce i poduszki. – powiedziałam – a wy śpicie ze mną w nagrodę za wytrwałość – dodałam kierując te słowa w stronę Pameli i Marysi.
- Jaki zaszczyt nas kopnął – zironizowała Brądkówna. Owieczkowska tylko pokazała, że idzie zapalić.
- Melacia my idziemy zapalić a ty się rozgaszczaj – widziałam po minie, że jej się to nie podoba. Zawsze nas ganiała za fajki.
- Tylko się trujecie, ale wiem złego diabli nie biorą – powiedziała z przekąsem a my po cichu wyszłyśmy na balkon.
- Karinka myślisz, że i mi się tak poszczęści? – zapytała z nadzieją w głosie mocno się do mnie przytulając
- Oczywiście słoneczko. Na razie musisz zadowolić się mną i Pamelą – zaśmiałam się widząc jej minę
- Pocieszające – odpowiedziała dołączając się w śmiechu i lekko odsuwając .
- Co to za miłości tutaj beze mnie? – powiedziała urażona Pamela
- Chodź. – pociągnęłyśmy ją do siebie.
- Karina telefon cały czas dzwoni. Myślałam, że Marcin się dobija, ale to Wojtek. Nie odbierałam, ale oddzwoń do niego bo musi to być coś ważnego.
- To koniec czułości – zaśmiałam się cicho i zgasiłam papierosa. Jednak zastanawiałam się co takiego się stało, że Wojtek się dobija. Szybko poszłam do sypialni i złapałam za telefon. – Hej Wojtek, co się dzieje?
- Karina, czy mogłabyś przyjść tu, do mnie, do mieszkania?
- Mam gości, ale to da się załatwić, mów co się stało? – zaczynałam się ostro martwić.
- Iwona miała groźny wypadek, może w każdej chwili opuścić ten świat. Jej adwokat zadzwonił, że mam się teraz stawić w szpitalu.
- Jak teraz? Jest dwudziesta druga? – pytam ze zdziwieniem
- Wiem, sam mówiłem adwokatowi, że to jest niedorzeczne. Jednak on nalega. Mówi, że Iwona chciała jeszcze przed śmiercią przekazać jakieś ważne informacje dotyczące Hani. Muszę się dowiedzieć. Dlatego proszę abyś tutaj przyszła i popilnowała małej. Będę starał się wrócić jak najszybciej.
- Dobrze, góra pół godzinki i jestem. – rozłączyłam się zmartwiona. – Pamelka mam prośbę – zwróciłam się do przyjaciółki – Musze iść do Wojtka i popilnować śpiącej Hani. Rano przyjdziemy obie do tej pory, proszę, pełnij funkcję gospodyni.
- W porządku. Weź Marysię ze sobą, będę miała całe łóżko dla siebie. – uśmiechnęła się zadziornie.
- Ja jestem za. Może ten Wojtek będzie całkiem przystojny. – dołączyła się Marysia
- I to jeszcze jak – odpowiedziała jej Brądkówna.
- Zamiast się tutaj nabijać, zbierajmy się. Wojtek musi jak najszybciej wyjechać a Hania sama zostać nie może.
Obiecałam, że wszystko wyjaśnię rano jak wrócę. Szybko przeszłyśmy do mieszkania Wojtka. Minęliśmy się z nim w drzwiach. Obiecał, że następnego dnia, ktoś dostarczy mi obiad do domu. Bardzo się zdziwił, że taka ilość osób zmieściła się u mnie w mieszkaniu.
Marysia była Wojtkiem oczarowana, dopóki nie usnęła słyszałam tylko o nim, choć nie zamieniła z nim praktycznie jednego zdania. Głównie to mnie wypytywała jaki on jest.
- Poczekaj aż Hania się obudzi. To ją najpierw musisz oczarować. Wojtkiem zajmiemy się już we trzy. – roześmiałam się cicho i obie odpłynęłyśmy w błogi sen.


- Ciocia – usłyszałam radosny, zbyt głośny głos nad swoim uchem. Zaraz po tym poczułam jak mój mały zwierzaczek wskakuje nam na kanapę – Ciociu a co robi tutaj ta pani? – spytała widząc Marysię.
- To jest moja przyjaciółka. Jak chcesz też może być twoją ciocią. A u mnie w mieszkaniu jest ich mnóstwo – powiedziałam czule się uśmiechając po czym ucałowałam Hanię w policzek – Teraz musimy obudzić Marysię bo trzeba zrobić zakupy na śniadanie. Co powiesz na poranny spacer?
- To idę się ubierać – krzyknęła dość głośno Hania dzięki czemu nie musiałam już budzić Marysi.
- Co się dzieje? Czemu tu tak głośno? – jęknęła Marysia. Kacyk dał o sobie znać.
- Hania już wstała i idziemy na zakupy. Zbieraj się idziesz z nami i wracamy do domu. Trzeba tamto towarzystwo równie spektakularnie obudzić, jak to zrobiła z tobą – zaśmiałam się i sprzedałam Owieczkowskiej kuksańca. Następnie usłyszałam głośne „AŁA”
Wygłupy przerwała Hania. Wchodząc zaprezentowała, że jest gotowa.
Zakupy szybko poszły. Równie szybko poszłyśmy do mojego mieszkania. We trzy, z wielkim hukiem i głośnym „Wstajemy leniuchy” wkroczyłyśmy w królestwo wielkiego kaca. Rozbawione musiałyśmy wysłuchać jęków. Na szczęście nie rzucały mięsem.
- Ciociu dlaczego tutaj tak śmierdzi? – zapytała Hania, jednak wszystkie to usłyszały i  część rozbawiona zaczęła się zbierać. 
- Kochanie to się nazywa „dzień po wspaniałej zabawie”. Zaraz posprzątamy a ty idź z ciocią Marysią do kuchni i pomóż jej w śniadaniu bo… - nie skończyłam bo dostałam po tyłku od Marysi własnie.
- Bo słyszałam, że jesteś dobra w śniadaniach. – dokończyła przyjaciółka.
- Oczywiście, zawsze i wszędzie – uradowała się Wanatówna. I obie poszły do kuchni z zakupami. Ja natomiast wzięłam się za otwieranie okien i sprzątanie.

Po śniadaniu gdy Hania była zajęta oglądaniem bajki wraz z Wiktorią, Edytą i Judytą, reszta siedziała ze mną w kuchni i słuchała opowieści dlaczego Wojtek musiał pilnie wyjechać w nieznanym mi kierunku. Już miałam iść zapalić gdy usłyszałam, że telefon mi dzwoni.



                                                                                                                     
Przepraszam za błędy, ale chciałam jak najszybciej dodać. 
Miłej lektury :) 

wtorek, 23 września 2014

13. Goście? Jacy goście?

Miną tydzień od Sylwestra, moja choroba nie ma ochoty zniknąć. Byłam u lekarza, oczywiście, ale co mi z tego. Nic nie mogę zrobić, nawet nie mam siły wysyłać Cv. Pamela mnie odwiedzała regularnie, obiadki przynosiła. W Sylwestra zerwała z Piotrkiem. Nie podała mi powodu. Jeżeli ona zdecydowała o końcu ich związku to musiała mieć mocne argumenty.
Siedzę sobie i oglądam seriale w Internecie, już mnie głowa boli od tego komputera. Na szczęście grypa odpuszcza. Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. Zerwałam się na równe nogi czego później żałowałam. Ostry zawrót głowy i mroczki przed oczami były silne, ale zatrzymałam się na chwilę i minęło. Zastanawiało mnie kto się tak dobija o 10 rano.
- No nareszcie już miałem pogotowie wzywać. – no jasne, Marcin.
- Dzień dobry też miło Ciebie widzieć – odrzekłam z sarkazmem.
- Dzień dobry, kupiłem Ci soki, owoce i kilka drobiazgów. Mam zamiar zrobić Ci obiad.
- Od obiadów mam już swojego wysłannika – zaśmiałam się leżąc już w łóżku.
- Wiem, że masz, ale dziś twój wysłannik nie może ci pomóc. Sama ma coś do załatwienia.
- Ona do Ciebie zadzwoniła? – zapytałam – przecież dobrze wie, że nie możesz tak sobie przyjeżdżać. Masz treningi. – powiedziałam z wyrzutem.
- Nie marudź  tylko jakoś się ogarnij. Będziesz miała gości. – powiedział mi już z kuchni.
- Gości? – wie, że się nie nadaję do jakichkolwiek odwiedzin to jeszcze mnie stawia przed faktem dokonanym.
- Tak gości, chcą ci zrobić niespodziankę.
- Marcin, ja nie mam ochoty na odwiedziny. – położyłam się na łóżku i jęknęłam z myślą, że środkowy nie usłyszał.
- Mówiłem ci nie marudź – pojawił się w pokoju ubrany tylko w mój fartuch kuchenny. Rozbawił mnie tym niemiłosiernie. I gdyby nie to, że jestem chora, to goście musieli by przełożyć wizytę na inny dzień. – Karina, z czego się tak śmiejesz? Jestem brudny na brodzie? – dotknął się ręką w mące zostawiając biały proszek w miejscu o które się pytał.
- Oj kucharzyno, chodź – wzięłam i strzepałam mąkę. Przy okazji sprawdziłam, czy faktycznie ma sam fartuch, który i tak był z lekka za mały.
- Gdzie tam zaglądasz? – powiedział z udawaną urazą – taka jesteś mądra? To co tym masz pod swoim ubraniem, cwaniaro? -  i zaczął mnie łaskotać
- Nie, Marcin….. Błagam… Nie mam siły na nic…  - mówiłam pomiędzy falami śmiechu. – Teraz to już faktycznie nie dam rady nic zrobić.
- Koniec wygłupów. Trzeba się brać do roboty. 
- Nie, ja żartowałam, ale poleżmy jeszcze chwilę… - zaczęłam znowu jęczeć
- Idę się ubrać, a ty leż. Zaraz ogarniemy to twoje królestwo chaosu. – królestwo chaosu? A jak on pomieszkiwał w moim salonie to co było? Imperium zagłady? Dobre sobie.
Jednak to zatrzymałam dla siebie i potulnie bez komentarzy, posprzątałam to co należało do zbyt osobistych rzeczy.
- Karina, to są te niteczki co przed wyjazdem zerwałem z ciebie? – zapytał wyciągając stringi zza szafki nocnej.
- O nie, ja ich tyle szukałam. Jeszcze na dodatek porwane…  Marcin to moje ulubione były.
- Dosłownie je z ciebie zerwałem. No nic, kupię ci drugie. Skąd je miałaś? – zapytał a ja wybuchłam śmiechem. Już widziałam minę ekspedientki, gdy pyta się: Przepraszam czy dostanę takie same, tylko nie porwane?
- Wybacz, sama sobie kupię. Jak jeszcze będzie taki fason. O której mają być tajemniczy goście?
- O 14, a co?
- Tak pytam.
- Cos już kombinujesz. – powiedział mrużąc oczy.
- Nic nie kombinuję. – powiedziałam biorąc bieliznę na zmianę i jakieś „wyjściowe dresy” – idę pod prysznic.
- Mogę iść z tobą? – zapytał w nadziei, że się zgodzę
- Nie. Musisz zrobić obiad pyszniutki, bo się nie wyrobisz. – powiedziałam z cwaniackim uśmiechem. – jak dla mnie możesz ten obiad robić i bez fartuszka, i nawet bez tego co było pod nim, ale niestety będą goście – dodałam z udawanym smutkiem i na koniec jeszcze zakaszlałam.
- O nie moja panno tak się bawić, nie będziemy. Marsz pod prysznic, a ja w tym czasie mrozem pozabijam wszystkie bakterie, które masz w sypialni i salonie….
- Dobrze, mamusiu… - i oboje wybuchneliśmy śmiechem.

O równej 14 było słychać pukanie do drzwi. Marcin zajęty w kuchni nie mógł ich otworzyć i spadło to na mnie.
- Niespodzianka – usłyszałam chór kobiecych głosów za dzrwiami, stały: Edyta , jej siostra Wiktoria, Marzena, Malwina, Judyta, inaczej ekipa z chóru a także Marysia i Patrycja, z którymi zaprzyjaźniłam się na meczach Politechniki. Oczywiście za wszystkim stała Pamela.
- Kochane moje – zaprosiłam dziewczyny do środka. Niestety nie mogłam im sprzedać jeszcze po buziaku.
- A ty – wskazałam na Pamelę – dostaniesz w trąbkę. Marcina gonić tutaj?
- Jakiego Marcina? – zapytała z zaciekawieniem Marysia. Ona nigdy Arka nie lubiła, więc się nie dziwię jej zdziwieniu i zaciekawieniu.
- Usiądźcie do stołu to zaraz się przekonacie. Marcin będzie dzisiaj naszym osobistym kelnerem i kamerdynerem. – drugie zdanie wypowiedziałam głośniej, specjalnie aby środkowy usłyszał.
Pogawędziłyśmy chwilę i w drzwiach salonu pojawił się Marcin wystylizowany faktycznie na kelnera. Z jaką on gracją omijał futryny aby nie uderzyć się w głowę.
Wszystkie zrobiły zdziwione: „Ooooooo”, a gdy tylko siatkarz opuścił pomieszczenie, zaczęły się głosy oskarżycielskie: „Dlaczego nie powiedziałaś?” „Było się pochwalić..” „Jak mogłaś”
Na szczęście Marcin dość szybko wrócił z kuchni a one zamilkły.  
- Jakie pyszne sama gotowałaś? – spytała Edyta
-  Coś ty, ostatnimi dniami nic nie robi poza leżeniem – wtrąciła się Pamela, na co ja tylko pokręciłam głową.
- Marcin pełnił dzisiaj funkcje kucharza – odpowiedziałam ze spokojem.
- A właśnie, gdzie on jest? – zauważyła Marysia.
- Pójdę po niego – zadeklarowałam i zerwałam się z miejsca.
Nawet nie zdążyłam wyjść z pokoju, jak już słyszałam, że chciały co nieco wyciągnąć od Pameli.
Marcin kroił już ciasto na deser. Nie zauważył, że weszłam, więc objęłam go w pasie.
- Dziękuję – powiedziałam do jego pleców. – Zrobiłeś pyszny obiad, a o deserze.. – przerwałam i złapałam kawałek – już nie wspomnę.
- Nie dziękuj, tylko zbierz talerze, zaraz będziesz miała kolejnych gości – obrócił się i pocałował mnie w czoło.
- Jak to kolejnych gości? Ja tutaj oprócz Wojtka, Hani i Pameli nie mam więcej znajomych. Gdzie ich pomieszczę
- Jaka ty marudna dzisiaj jesteś. Zamiast się cieszyć, to cały czas jęczysz.
- Marcinku, nie gniewaj się – znowu się do niego przytuliłam.
- No leć zbierz talerze – ponaglił mnie.
- A ty jadłeś? – jak zwykle o sobie nie myśli – Zbiorę talerze i ci nałożę. – i wyszłam do pokoju.
- No i gdzie ten twój kucharz? – zagadnęła Wiktoria. Wyraźnie wyczułam nacisk na słowo „twój”
- Zaraz do was dołączy i będziecie mogły przeprowadzić wywiad. – mówiłam zbierając talerze po obiedzie. – A i to nie jest żaden MÓJ kucharz.
- Uważaj bo ci uwierzymy. – reszty nie słuchałam bo wróciłam do środkowego
- Marcin, a ci goście co mają jeszcze dołączyć to też niespodzianka? – zapytałam gdy wrócił z pokoju po zaniesieniu ciasta dziewczynom.
- Nie, po prostu jutro Kędzierzyn gra z Rzeszowem, a że chłopaki przyjechali wcześniej i chcieli się z Tobą zobaczyć, to już inna sprawa. Krzysiek z Pitem przyjedzie, a że nie znają lokalizacji to jeszcze Lipe, Wiśniewski i Gacek.
- Oni też nie wiedzą gdzie mieszkam – zauważyłam i podałam siatkarzowi talerz z obiadem.
- Tak, ale znają Lubin trochę lepiej od Resowiaków.
- A co się tutaj dzieje? – wpadła do kuchni Marysia
- Nic nadzwyczajnego, Marcin je obiad – oznajmiłam to co oczywiste.
- To smacznego. – życzyła siatkarzowi – Karina co mówi palma do palmy? – zapytała
- Już idę – odpowiedziałam
- Tylko się ciepło ubierz – rzucił za mną Marcin. Marysia skwitowała to tylko spojrzeniem.
Wiedziałam, że na balkon wyjdę tylko ja i Maryśka.
- Karina, dlaczego ty się oszukujesz? - powiedziała
- O co ci chodzi?
- Który facet dba tak o kobietę, gotuje jej i jej przyjaciółkom, martwi się by się nie przeziębiła. No powiedz, który?
- Oj wymyślasz. Jesteśmy przyjaciółmi. A poza tym zaraz mają przyjechać też jego kumple.
- Tak to sobie wmawiaj. Widać jak na dłoni, że on świata poza tobą nie widzi. – powiedziała, a ja już nie mogłam dłużej udawać.
- Powiem ci Maryś w sekrecie, że ja tez już nie umiem dłużej wytrzymać bez niego… - dodałam i wtuliłam się w przyjaciółkę. Mogłyśmy sobie szczerze pogadać. Reszta załogi za Marcinem grała w karty i nawet nie wiedziały, że niedługo zjawią się, u mnie w mieszkaniu, ich idole.
- Nie można tak było od razu, tylko bawicie się w kotka i myszkę. – przycisnęła mnie mocniej do siebie, jednak nagle się wyprostowała, zaciągnęła mentolem i spojrzała mi prosto w oczy – Jego kumple tu przyjadą?

- O masz ci babo placek, dopiero do niej to dotarło – skwitowałam i obie zaczęłyśmy się śmiać.









------------------------------------------------------
Taki prezent z okazji zdobytego złota, przez naszych cudownych, walecznych, i jeszcze długo tak można wymieniać, siatkarzy.
Przepraszam za jakiekolwiek błędy. Chciałam jak najszybciej udostępnić.
MIŁEGO CZYTANIA :*

czwartek, 3 lipca 2014

12. Nieziemsko. Nic więcej się nie dowiesz

Małe przypomnienie... Karina obawiała się jak przyjmą ją znajomi siatkarza. Niepotrzebnie gdyż to nie są potwory. Po obiedzie późnym wieczorem w Hotelu Górskim do Kariny drzwi zapukał kolega z dawnych lat. Karina i Marcin spędzili upojną noc. Karina nie chciała aby to było coś więcej. W drodze do kolejnego i ostatniego punktu atrakcji musiała odbyć z nim poważną rozmowę. Oboje zgodzili się, że to tylko zabawa i postanowili korzystać ze wspólnego wjazdu.


                                            
Problemem okazał się brak dwóch pokoi jednoosobowych. Został już tylko pokój zwany „dla nowożeńców”. Ostatnią jedynkę zajął Kamil. Próbowałam z nim wynegocjować jakoś ten pokój, niestety. Tak samo uparty jak w dzieciństwie. Z drugiej strony nie przeszkadzało mi za bardzo dzielenie pokoju ze środkowym. Jednak trzeba było odegrać jakąś szopkę.
- No i jak? – zapytał gdy wnieśliśmy wszystkie bagaże.
- Łóżko wygodne, będzie ekstra. No i najważniejsze jest balkon. – uśmiechnęłam się.
- No tak, balkon.
Marcin szybko się rozpakował, mi jednak dużo czasu to zajęło. Po wyjęciu wszystkich rzeczy z walizek, zeszłam na dół. Tam przy kominku siedział tylko Możdżonek.
- Gdzie są wszyscy? – zapytałam
- Poszli na spacer. Długo ich nie będzie.
- Skąd możesz wiedzieć? Dawno wyszli?
- Jakieś pół godziny temu.
- Myślałam, że ich dogonimy. Dlaczego mnie nie zawołałeś?
- Mam dla ciebie inne zadanie – powiedział unosząc brew do góry.
- Marcin, na pewno nie. – powiedziałam, przeczuwając o co mu chodzi
- Dlaczego nie? Mamy całą chatkę dla siebie. Można to wykorzystać. – wstał z kanapy i zaczął iść w moją stronę. Ja aby się podroczyć zaczęłam wycofywać swoje kroki na górę.
- Marcin, ale co sobie o nas pomyślą. Jesteś jakiś niewyżyty. – powiedziałam śmiejąc się i zaczęłam szybciej przebierać nogami. Złapał mnie w połowie drogi i do pokoju zaniósł na rękach.

- Marcin przez ciebie się uzależnię. – powiedziałam będąc już na balkonie z papierosem w ręku.
- To nawet i dobrze. – odpowiedział uśmiechając się.
- Ubieraj się, bo wracają – rzuciłam pośpiesznie w jego stronę, gdyż zobaczyłam zbliżające się światła.
Po założeniu swoich porozrzucanych rzeczy Marcin zszedł na dół aby podłożyć do kominka. Ja kończąc papierosa usłyszałam, że ktoś próbuje się ze mną skontaktować.
- Tak, słucham?
- Dlaczego się nic nie odzywasz? Miałaś dać mi znać…. Rozmawiałaś z nim?
- Rozmawialiśmy, to tylko sex nic więcej… Jaka ty jesteś ciekawa… Dzieci poszły spać a ty się nudzisz? – zaczęłam się śmiać z przyjaciółki.
- Dobra, już tu się ze mnie nie nabijaj. – usłyszałam oskarżycielski ton – No to może opowiesz mi jakieś szczegóły?
- Chyba zwariowałaś… Potrzymam cię w niepewności i opowiem wszystko jak przyjadę…
- No wiesz co, tak mnie torturować? To powiedz chociaż czy się dobrze całuje.
- Ewka ile ty masz lat? Piętnaście? – powiedziałam ze zdziwieniem
- No weź..
- Nieziemsko. Nic więcej się nie dowiesz… Muszę kończyć. Buziaki – i posłałam kilka całusków w stronę telefonu.
- A co ty taka tajemnicza? – usłyszałam za swoimi plecami. Tak czułam, że ktoś wszedł.
- Nutka tajemniczości zawsze się przyda… - powiedziałam mrużąc lekko oczy.
- Przede mną to ty chyba żadnych tajemnic nie masz – spojrzał badawczo w moją stronę przekomarzając się.
- Tego nie wiesz – odpowiedziałam z lekkim uśmieszkiem i zniknęłam za drzwiami łazienki.
Jak się okazało wycieczka była na zakupach aby zrobić jakąś kolację. Ja w zamian za to, że z nimi nie poszłam pomagałam innym kobietom na tym zgromadzeniu w kuchni.
- Widzę, że się już lepiej czujesz… - powiedziała Iwona Krzyśka jak weszła do kuchni, co mnie wprawiło w zakłopotanie.
- Tak, musiałam trochę odpocząć. Przepraszam, że nie byłam z wami na zakupach. – odpowiedziałam ze skruszonym wzrokiem a w głowie miałam myśl, żeby zabić Marcina. Wszystko sobie ukartował a oni będą się z nas podśmiechiwać.
- W porządku, nic się nie stało. Dobrze, że już ci lepiej to teraz nam pomożesz.
Z dziewczynami można było porozmawiać na każdy temat. Było dużo śmiechu. Rozmowy w kuchni nie miały końca tak jak i później przy kolacji. Wszyscy rozeszli się do swoich pokoi.
- Ty śpisz dziś albo na podłodze, albo na fotelu. Jak wolisz.
- Dlaczego? – spytał zdziwiony, już miał zamiar kłaść się do łóżka.
- Tak kłamać? Jeszcze dla swojej przyjemności? – mówiłam z wyciągniętym palcem wskazującym
- Karina nie mów, że tobie przyjemnie nie było? – uśmiechnął się i powoli zaczął się do mnie zbliżać.
- Ani kroku więcej… – nakazałam jak niesfornemu psiakowi. Jednak ten się nie posłuchał. Nadal kroczył w moją stronę. – Marcin! Dzisiaj już limit wykorzystałeś…
- To jest jakiś limit? – zapytał zatrzymując się. Ja w tym momencie zdążyłam złapać ciepły sweter i umknąć na balkon. Środkowy nie podjął już dalszych prób ubłagania mnie. Traf chciał, że drzwi się zatrzasnęły i nie mogłam ich otworzyć. Marcin akurat poszedł się myć więc nie miałam co się dobijać. I tak nie usłyszy. Muszę cierpliwie czekać aż wróci do pokoju.
Zdążyłam zapalić jeszcze dwa papierosy a jego nie było. Dłonie mi przemarzły, cała byłam już przemarznięta. Jego nie było... Już zaczynałam tracić nadzieję gdy w końcu łaskawca wrócił.
- Karina, czemu ty jeszcze jesteś na dworze? – powiedział otwierając drzwi balkonowe.
- Bo się drzwi zacięły. – wyjaśniłam. Było mi tak zimno, że zęby same mi trzaskały. Środkowy skombinował całą masę koców i ułożył je na łóżku zaraz po tym jak ja się tam znalazłam.
Na końcu pod kupkę koców wszedł Marcin i zaczął pocierać moje zziębnięte ramiona. Było mi tak dobrze, ciepło rozpływało się po moim ciele. Ze zmęczenia usnęłam w jego ramionach.
                Efektem zdarzeń minionej nocy była grypa. Niestety ten sylwester będzie jednym z nie udanych. Gorączkę udało się zbić jednak katar czy ból gardła to już nie…
- To może karaoke. – rzucił pomysłem Ignaczak.
- Tak Karina ma niezły głos. Niech będzie. – dodał Możdżonek.
- Marcin z takim głosem nic nie wskóram dzisiaj. – zaskrzeczałam
Wszyscy bawili się wyśmienicie. Każdy pośpiewał, powygłupiał się.
- Karina, mnie nie nabierzesz na chore gardło. Wiem, że kiedyś dawałaś radę zaśpiewać z o wiele gorszą infekcją. – powiedział Kamil, ja tylko puszczałam pioruny w jego stronę. Marcin zaczął skandować moje imię a reszta to podłapała. Rad nie rad musiałam coś im zaśpiewać bo nie daliby mi spokoju.
- To jaki repertuar mi wybrałeś? – zapytałam Kamila.
- Zaraz zobaczysz. – odpowiedział uśmiechając się nikle.
Gdy usłyszałam pierwsze dźwięki uśmiechnęłam się promiennie. Jego ulubiona piosenka z każdego mojego „małego koncertu”. Utwór Danuty Łobaszewskiej „Taki cud i miód” był także jednym z moich ulubionych. Podczas śpiewania próbowałam nie patrzeć na Marcina, bo chyba zaczęłam się w nim zakochiwać. Tak mi się może tylko wydaje. Nie chciałam, żeby ktoś się domyślił czegokolwiek dopóki sama nie będę pewna.

Północ przyszła, życzenia poskładane. Został Marcin, chciałam to jakoś załatwić żartobliwie. Życzenia „z jajem” są najlepsze. Niestety nie udało mi się. Wystarczyło spojrzeć w jego niebieskie oczy i cała moja pewność siebie odeszła w niepamięć. 




                     
Kuczaki, trochę mnie tutaj nie było. Chyba z pół roku. Dlatego postanowiłam wstawić jakieś przypomnienie, nie wiem czy wam się przyda.
Dzisiaj wstawiłam krótszy bo już dłużej w niepewności trzymać was nie chciałam :D
Miłego czytania niania niania :D

środa, 29 stycznia 2014

11. Dobrze wiesz o co mi chodzi

Wszyscy przyjęli mnie bardzo ciepło. Obiad minął na żartach i różnych anegdotach z życia siatkarskiego. Część znałam bardzo dobrze z Internetu, ale i tak było miło. Wróciłam do swojego pokoju. Cały czas miałam uśmiech na twarzy. Można nawet powiedzieć, że jestem szczęśliwa. Na pewno? To jest źródło mojego szczęścia?
Leżałam na łóżku i myślałam o tym. Miałam ochotę z kimś o tym porozmawiać. Zadzwoniłam do Eweliny. Nie wiem co chciałam jej powiedzieć. Chyba chciałam spytać czy jest szczęśliwa z Konradem, czy spełnia się w życiu. Nie odbierała. Rozczarowana ubrałam się ciepło i wyszłam na balkon. Dym papierosa tym razem nie pomógł. Cały czas myślałam. Nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Bardzo chciałam zignorować przybysza. Niestety nie udało mi się. Zbyt natarczywy.
- Tak? – zapytałam otwierając drzwi.
- Czy zamawiała pani białe wino z dostawą do pokoju? – powiedział gość, którego bardzo dobrze znam.
- Kamil, jak ja ciebie dawno nie widziałam. – rzuciłam się w ramiona kolegi, który jest dobrym znajomym mojego brata co za tym idzie i moim. – Wejdź, moje ulubione – powiedziałam, gdy podał mi wino do ręki.
- Karina powiedz mi, co ty zrobiłaś ze swoimi blond włosami?
- Nie widać?- zironizowałam. – Kurczę, nie wiesz czy w wyposażeniu pokoju jest korkociąg?
- W barku powinno być wszystko, kieliszki i korkociąg. Daj, otworzę.
- A powiedz mi, co tu robisz?
- Niedawno przyjechałem, kumple z drużyny zorganizowali taki wypad sylwestrowy.
- Kumple z drużyny? – zaczęło mi świtać – To ty jesteś tym brakującym ziomkiem Marcina, Łukasza i tych wszystkich wielkoludów? – zapytałam zszokowana. Jak ja mogłam zapomnieć, że Kamil też gra w siatkówkę.
- Nie obrażaj moich kolegów i mnie przy okazji, bo też do niskich nie należę, nie to co ty karzełku. – powiedział, podając mi kieliszek. Kamil jest młodszy ode mnie o 4 lata. Mieszkał w tej samej miejscowości, więc w dzieciństwie często spędzaliśmy razem czas.
- Oj tam, oj tam. Lepiej opowiedz, co u ciebie.
- Gram teraz w zespole rzeszowskim. Nie mam nikogo. Możliwe, że zostanę powołany w tym sezonie do kadry. Często widuję się z Ryśkiem. No i co jeszcze, z mojego życiorysu na dzień dzisiejszy to tyle. Więc opowiadaj co u ciebie?
- Sądzę, że Gabryś już ci część opowiedział. A oprócz tego to byłam dzisiaj na obiedzie z twoimi kolegami, najlepiej dogaduję się z Możdżonkiem. Obecnie mieszkam w Lubinie. Tyle.
- Właśnie miałem się pytać skąd ty tutaj. Teraz poskładałem wszystko w całość i jesteś tą nową naszego kapitana.
- Hola, hola – podniosłam ręce w górę – nie jestem „tą nową waszego kapitana” tylko znajomą. Nic nas nie łączy oprócz tego, że się świetnie dogadujemy.
- Czekałem kiedy wybuchniesz – zaczął się śmiać za co dostał w ramię. – Więc opowiedz mi jak się poznaliście, chociaż znając ciebie to coś odwaliłaś.
- Od razu odwaliłaś. Niechcący rozlałam na niego kawę w galerii. Tyle. Później wprosił się na imprezę urodzinową, uratował mnie od Arka, od zboczonego szefa, pomógł mi przywrócić dziecku uśmiech na twarz. No i mnie pocałował.
- Pocałował? – zapytał zaskoczony.
- A co w tym takiego dziwnego? To, że ciebie kiedyś zdzieliłam po twarzy nie znaczy, że nadal taka jestem. – jakieś pięć lat temu młody chciał spróbować swojego uroku osobistego. Nie udało mu się.
- Uwierz ten kolor włosów teraz do ciebie pasuje. A co ma oznaczać, że uratował cię od Arka i zboczonego szefa?
- Na urodzinach moich Arek przyszedł wstawiony i zaczął mnie szarpać. Marcin nagle wyrósł przy mnie i sprawił, że mój były dał spokój. Chociaż na jakiś czas. Bo przed wyjazdem jeszcze z nim rozmawiałam.
- A szef? – zapytał. Niepotrzebnie się wygadałam. Jak teraz mam z tego wybrnąć?
- Idę zapalić, dołączysz? – Wzięłam gruby sweter i paczkę. Chciałam uciec od tej rozmowy.
- Nie uciekniesz od tego. Jeżeli teraz nie chcesz to nie mów, ale jakby co to dwa pokoje dalej będę siedział i czekał. Swoją drogą to Marcin taki hero. Musiałaś czymś mu zaimponować. Na pewno nie papierosami. – podniósł w górę rękę z palącą się fajką.
- Czepia się czasami o to, jednak nic więcej. – powiedziałam zaciągając się. Nagle rozdzwonił się mój telefon.
- Co tam?
…..
- U siebie jestem.
…..
- No to chodź, drzwi są otwarte.
- Marcin dzwonił. Jeżeli nie chcesz… - Marcin już wszedł uprzednio rozglądając się po pokoju. Nie zdążyłam uprzedzić Kamila, który  palił zawsze tylko ze mną. Nikt więcej nie wiedział o jego malutkim nałogu.
- Dlaczego demoralizujesz nam młodego. - Powiedział stając w drzwiach balkonowych.
- Nie demoralizuję. – powiedziałam robiąc ładne oczy i głupkowato się uśmiechając.
- Tak, jeszcze powiedz, że sam chciał papierosa i sam przyniósł wino.
- No tak – odpowiedziałam uśmiechając się, bo wiedziałam, że jego sroga mina jest tylko na pozór. Kamil jednak nic nie mówił. Stał z boku, obserwował całą tę sytuację i spokojnie palił. Marcin w pewnym momencie się uśmiechnął pokazując białe zęby.
- Co tam młody, o której dojechałeś? – zwrócił się do Kamila.
- Zaraz po waszym obiedzie, bo widziałem się z Winiarem i Kurkiem. Musiałem odwiedzić Karinę i sprawdzić czy to na pewno ta moja Karina. – uśmiechnął się do mnie i objął ramieniem.
- Właśnie miałem się pytać skąd się znacie. – powiedział lekko speszony środkowy.
- Kamil to kolega mojego brata. Można powiedzieć, że to dla mnie drugi braciszek. – przytuliłam Kamila. – Wracajmy do środka bo jakoś tak zimno. Jakby zima miała być. -  zażartowałam na co chłopcy zaczęli śmiać się jak głupi.
                Wieczór upłynął na pogaduchach i upijaniu się winem. Kamil wyszedł, a Marcin jeszcze został. Jak zwykle pod wpływem alkoholu włączają mi się głupie pomysły.
- Marcin co byś powiedział na… - mówiłam jeżdżąc delikatnie palcem po jego przedramieniu - Nie to głupie.
- Jak już zaczęłaś to skończ – odpowiedział, po czym namiętnie wpił się w moje usta i przygniótł swoim ciałem.
- Nie muszę, dobrze wiesz o co mi chodzi.

                Rano obudził mnie dzwonek telefonu. Nie mojego. Szybko znalazłam urządzenie nie dające mi spać.
- Marcin telefon – mówię trącając go w ramię. Podczas jego rozmowy przypominałam sobie chwile z nocy. To była najpiękniejsza noc mojego życia. Uśmiechałam się na wspomnienia każdego dotyku, pocałunku, pieszczoty.
- Dzień dobry – powiedział środkowy po zakończonej rozmowie cmokając mnie w policzek.  – Jak się spało?
- Mogę powiedzieć ci szczerze? – przytaknął – Mi się spało super. Jestem wypoczęta. – mówię składając soczystego całusa.
- To chyba nie dobrze, skoro jesteś wypoczęta – powiedział, śmiejąc się. – Winiar dzwonił. Są już na obiedzie, a nas nadal nie ma.
- Jak to na obiedzie? – mówię zdziwiona, podnosząc się na łokciach.
- Już jest czternasta. Za godzinę ruszamy dalej. Nie dziw się tak, tylko pakuj.
- Mi się tutaj podoba.
- Tam będzie jeszcze piękniej. – pocałował i wyszedł.
Zamiast się pakować wyszłam na balkon zapalić. To była cudowna noc i nie mogłam tego zatrzymać dla siebie. Jedyną osobą, która mogłaby mnie wysłuchać to Marlena. Niestety teraz nie mam czasu na rozmowy przez skype. Dlatego zadzwoniłam do Eweliny.
- Cześć kochana jak się masz?
- Hej Karinka, u mnie wszystko w porządku. Dzieci zdrowe, Konrad znowu w delegacji, ale jest lepiej. A jak u ciebie?
- Wiesz mam taki mały dylemacik.
- Jaki znowu dylemacik. Karina co zrobiłaś. Ja znam te twoje dylematy – mówi śmiejąc się.
- Przespałam się z Możdżonkiem. – mówię spokojnie a po drugiej stronie telefonu słyszę jak Ewelina się krztusi.
- Czy ja się nie przesłyszałam?
- Nie to jest prawda, właśnie się obudziliśmy. Nie wiem za bardzo co robić, bo ja niby traktuję to jak zwykły seks nic więcej jesteśmy przyjaciółmi. A jak to się wszystko spieprzy?
- Karina, na razie czekaj na przebieg wydarzeń i oczywiście porozmawiaj z nim, ewentualnie wybadaj sytuację. A może przyda ci się ktoś taki odpowiedzialny jak on. Liczę, że to wszystko się ułoży jak najlepiej.
- Ewelcia, ty tutaj nie baw się we wróżkę. Dzięki za rady. Trzymaj się. Będę Cię informowała jakby co. Ucałuj dzieciaczki. – posłałam kilka buziaczków przez telefon i wzięłam się za pakowanie.
                Siedząc już w aucie Marcina, przyglądałam mu się uważnie i myślałam o tym, co powiedziała Ewelina. Środkowy wyłapał mój wzrok i uśmiechnął się.
- Co mi się tak przyglądasz?
- Próbuję coś wyczytać z twojej twarzy. Jesteś taką jedną wielką zagadką.
- Naprawdę? Jestem zagadką?
- No tak, bo o czym teraz myślisz? – mówię myśląc, że mi pomoże.
- Myślę o naszej ostatniej nocy.
- A o czym dokładnie? – pytam z nadzieją, że wypowie te słowa, o których ja sama myślę.
- Czy to co się wydarzyło wczoraj popsuje nasze relacje… - przyjął twarz myśliciela.
- W sensie naszej przyjaźni? – pytam na co dostaję potwierdzenie więc kontynuuję mój monolog. – Posłuchaj wydaje mi się, że jak od czasu do czasu sobie będziemy robili takie „prezenty” to nic złego się nie stanie. – po mojej wypowiedzi na jego twarzy zagościł banan. Dalsza podróż minęła nam już w przyjaznej atmosferze. Od czasu do czasu robiliśmy sobie przerwę na mojego papierosa. Już nie mogłam się doczekać sylwestra.

Jechaliśmy bardzo długo. W końcu moim oczom ukazał się malowniczy domek wśród drzew. Do najbliższego sklepu było godzinę drogi. Żałowałam, że nie zrobiłam zakupów na ostatnim postoju na stacji benzynowej.
- Co jest Karina? – zapytał z przejęciem Marcin.
- Nic takiego, oprócz tego, że sklep jest daleko. – zrobiłam naburmuszoną minę.
- Ej, nie masz co się wkurzać. – uśmiechnął się szczerze po czym sięgnął do kieszeni torby – nie pochwalam twojego palenia, ale kupiłem Ci zapas. Przed sylwestrem i tak będziemy jeszcze jechać to wtedy sobie jeszcze dokupisz – powiedział i rzucił mi paczkę. Chciałam mu podziękować i pocałować w policzek, niestety nie skoordynowaliśmy ruchów i w efekcie pocałowałam go w usta. Marcin chciał więcej, ale ja na to nie pozwoliłam.
- Marcin, musimy przy nich? – wskazałam na samochody innych siatkarzy.
- Przeszkadza ci?
- Trochę tak. Nie chcę, żeby oni wiedzieli, że my ten tego… - powiedziałam charakterystycznie wykonując ruch ciałem.
- Wydaje mi się, że i tak się domyślają. Nie byliśmy cicho ostatniej nocy, no i obojga nas nie było na śniadaniu i obiedzie. – powiedział śmiejąc się perliście, za co dostał w bok z łokcia. – Auć, to bolało. Zaraz dostaniesz. – złapał mnie w pasie i biegł aby wrzucić w największą zaspę, niestety sam przy okazji stracił równowagę.
 - I co, panie wielki? – powiedziałam leżąc pod nim. – Nie jestem taka lekka niż by się mogło wydawać? – poruszyłam brwią
- Po ostatniej nocy, na pewno jesteś lżejsza. Jeszcze kilka przed nami i będę cie podrzucał z łatwością.
- O ty…. – powiedziałam po czym cisnęłam mu w twarz trochę śniegu.
- Tak się bawisz. Nie zapominaj, że nadal cię trzymam. – odpowiedział i taką zmarzniętą twarzą przytulił się do mojej.
 - Chodźcie już, duże dzieci!!! – dało się usłyszeć spod drzwi głos Ignaczaka. – Pokoje są przydzielane i jest problem.






No i w końcu się udało.... kolejny rozdział opublikowany.... Jak myślicie za jaki czas pojawi się 12?
Pozdrawiam was wszystkich cieplutko i miłej lektury... :D

poniedziałek, 2 grudnia 2013

10. To nic nie znaczyło

Przy moim aucie czekał Arek. Zauważył mnie i spojrzał mi prosto w oczy. Zrozumiałam to nie będzie łatwa rozmowa.
- Karina, naprawdę chcesz to tak zakończyć? – spytał na wstępie.
- To się już dawno skończyło… Bez naszej pomocy. – odpowiedziałam nadzwyczaj spokojnie. Najwidoczniej wybaczyłam już mu zdradę. – Teraz masz nową miłość a ja już dawno zeszłam na drugi plan.
- Czy ty nie rozumiesz, że jej nie kocham? – wykrzykuje, machając rękoma – Nawet to dziecko było udawane. Chciałem, żebyś była zazdrosna – dodaje spokojniej, lekko się podłamując. Zaskoczył mnie tym wyznaniem.
- A ja nie kocham ciebie. Arek to, co nam się zdarzyło, najwidoczniej nic nie znaczyło. To nie była miłość. – zostawiam go w osłupieniu i wsiadam do mojej srebrnej Toyoty. Odjeżdżam. Widzę w lusterku, że stoi w bezruchu. Jak on tak mógł mi powiedzieć? Dlaczego akurat teraz? Dlaczego on bawi się uczuciami także tamtej dziewczyny? Nie umiałam sobie odpowiedzieć na te pytania. Aby zabić myśli włączyłam radio, a tam ponadczasowe „Last Christmas”. Jeden wers do mnie pasuje „… W tym roku aby uniknąć łez oddaje serce komuś specjalnemu…”. Pośpiewałam swoje ulubione kawałki i od razu poprawiałam sobie humor. Zapomniałam już nawet o wizycie mojego byłego.
                Po czterech godzinach podróży zajeżdżam pod swój blok, a tam czeka już kapitan. Niby miałam się z nim spotkać później i spodziewałam się jego widoku to zrobił mi miłą niespodziankę pojawiając się wcześniej.
- Witam pannę spóźnialską. – powiedział, gdy wysiadłam z auta.
- Dlaczego spóźnialską? Nie byliśmy umówieni na już. – mówię podchodząc do niego nieśmiało.
- No nie, ale powinnaś czuć, że czekam na ciebie. – powiedział uśmiechając się i delikatnie przysuwając mnie do siebie. Ja niewiele myśląc wtuliłam się w jego silne ramiona i najzwyczajniej w świecie się płaczę. Sama nie wiem dlaczego. Może po prostu potrzebowałam takiego upustu emocji. Marcin pytał, co się wydarzyło, jednak nie powiedziałam mu o wizycie Arka. To jest już naprawdę ostatni raz, kiedy przez niego płaczę.

Kilka dni później
- Karina zbieraj się, wyjeżdżamy! – krzyczy Marcin, stojący pod drzwiami łazienki. W tym momencie usłyszałam dzwonek do drzwi. – Otworzę, tylko się streszczaj.
Z tego, co zrozumiałam przyszła do mnie paczka. Marcin podpisał odbiór i położył ją w salonie. Panował tam taki bałagan, że ledwo mogłam wejść, nie robiąc sobie przy tym krzywdy. Salon stał się sypialnią Możdżonka. Na moje szczęście nie spodziewałam się gości.
- Tylko otworzę tę paczkę i jestem gotowa. – zgodził się i wyniósł moją torbę do samochodu. Zastanawiałam się od kogo może być ta przesyłka. Tak jak i poprzednie. Co prawda długo już nie dostawałam kolejnych prezentów, więc sądziłam, że ten tajemniczy ktoś sobie odpuścił.
Otworzyłam paczkę. W środku znajdowała się czerwona róża i bilecik. Wstawiłam ją do wody bo nie wytrzymałaby do mojego powrotu, a bilecik włożyłam do kieszeni płaszcza.
-Co to była za paczka? – zapytał Marcin, gdy już jechaliśmy.
- W środku była czerwona róża. Nie wiem od kogo i bilecik, który zaraz przeczytam. Kiedyś też dostawałam takie paczuszki, ale ustały więc myślałam, że dał sobie spokój.
- Sądzisz, że to facet?
- Raczej tak. Dużo o mnie wie, podpisuje się literką „A”. Kobieta raczej nie zachwycałaby się moją czerwoną sukienką z czasów liceum, czy robionymi na drutach rękawiczkami. Nie dostałabym od kobiety kwiatów jak i drogocennych naszyjników.
- To kogoś musiało na serio ściąć na twój widok. – powiedział z zawadiackim uśmieszkiem i sądząc, że nie słyszę, dodał ciszej – i wcale się nie dziwię. – zaczerwieniłam się i wyjęłam bilecik.
„Jesteś pewna, że to ten jedyny? Jeżeli tak, to bądź szczęśliwa z nim. Może kiedyś się ujawnię. A.”
 Kto mógłby być tym tajemniczym Panem A. Adam, Adrian, Antoni? Nie mam pojęcia. W tych wszystkich rozmyśleniach tylko oddałam się w ramiona Morfeusza.

Nagle zobaczyłam dziwnie znajome miejsce. Zerwałam się
- Marcin czy my jedziemy….
- Tak – odpowiedział zanim skończyłam
- Czy to…
- No tak. – znowu to zrobił.
- Dasz mi skończyć, bo ja nie wiem czy masz na myśli to samo co ja… - powiedziałam lekko poirytowana.
- Uwielbiam jak się złościsz. – pokazał rząd białych zębów. – Nasz przystanek to Hotel Górski.
- Wiesz kiedy byłam ostatnio w tym hotelu?
- Mam nadzieję, że oszczędzisz mi szczegółów. – powiedział charakterystycznie unosząc brwi, za co dostał w żebra.
- Wracałam z meczu. Politechnika grała przeciwko Skrze. Tak jak chciałeś same ogólniki.
- A co tam było w bileciku jeśli mogę wiedzieć?
- Napisał, że kiedyś się ujawni. – nie mogłam powiedzieć środkowemu całej prawdy. Skąd mam wiedzieć, czy on jest tym jedynym. Dopiero co skończyłam nieudany związek z Arkiem. Marcin jest inny. Znamy się praktycznie na wylot, jesteśmy przyjaciółmi, ale czy to jest już miłość?

Zatrzymaliśmy się na parkingu. Marcin wyjął walizki z bagażnika, a ja pozwoliłam sobie na chwilę relaksu z moim małym uzależnieniem.
Oparta o maskę samochodu czekałam aż Marcin wróci po resztę rzeczy. W pewnym momencie usłyszałam za sobą rozmowę dwóch mężczyzn.
- Ty, to jest ta nowa Możdżona?
- No chyba tak, nie widziałem jej nigdy więc skąd mogę wiedzieć.
- Myślisz, że będzie nadętą paniusią jak te poprzednie po Hance?
- Miejmy nadzieję, że nie. W innym razie nasza zabawa będzie jedną wielką klapą.

Nie chciałam się odwracać, żeby nie zdradzić, że wszystko słyszałam. Jedno mnie zdenerwowało -  Marcin nie raczył mnie poinformować o mojej funkcji. Darzyliśmy się jakimś uczuciem, ale żadna deklaracja nie padła ani od niego, ani ode mnie.
- Już zdążyłaś zapalić?
- Przeszkadza? – zapytałam z nutką ironii.
- Na razie nie. Niedługo może. – odpowiedział tajemniczo.
- Mogę zadać ci pytanie? – powiedziałam gasząc papierosa. Środkowy tylko skinął głową na potwierdzenie. – Ile pań przedstawiałeś już swoim znajomym?
- Muszę teraz odpowiadać? To nie jest odpowiedni moment. – odpowiedział kiwając głową na dwóch kolegów spoglądających w naszą stronę. Dowiedziałam się do kogo należały głosy. Kurek i Winiarski. Jakoś nie przepadałam za pierwszym a drugi kiedyś ujął mnie słynnymi niebieskimi tęczówkami, jednak jest to już przereklamowane.

Wiedząc, że jestem obserwowana szłam za siatkarzem. Marcin się przywitał, a ja grzecznie zapoznałam. Zawsze sądziłam, że nie można oceniać książki po okładce. Jednak panom nie starczyła obserwacja moich pleców i dodatkowo zlustrowali „mój przód”.
Będąc już w pokoju odpaliłam kolejnego papierosa. Siedziałam na balkonie i rozmyślałam. Mogłabym zostać tak na zawsze. Niestety ktoś postanowił zakłócić mój spokój. Musiałam odłożyć w pół wypaloną fajkę i otworzyć natrętowi, którym okazał się Marcin. Co za niespodzianka!
- Karina nie idziesz na obiad? – zapytał.
- Nie mam ochoty. – odpowiedziałam, będąc już poza pokojem.
- Sądzisz, że to ci wystarczy? A poza tym chcesz się przeziębić? – wskazał na papierosa, którego już miałam w ustach.
- Jak zgłodnieję to sobie zorganizuję jakieś jedzonko. Czy teraz jest odpowiedni moment na otrzymanie od ciebie odpowiedzi? – spytałam nagle.
- Karina naprawdę chcesz to wiedzieć?
- Tak, skoro jestem porównywana do poprzedniczek. – odpowiedziałam ze spokojem.
- Poprzedniczek? O czym ty mówisz? – zapytał zdziwiony.
- Twoi przemili koledzy „po cichu” rozmawiali sobie na twój temat.
- Miałem dwa epizody. Po akcji z Hanką całkowicie się pogubiłem. Szukałem wyłącznie przygód.
- Wybacz. Nie powinnam. – powiedziałam skruszona. Przytuliłam się mocno do jego klatki.
- Śmierdzisz. – powiedział ukazując rząd białych zębów.
- Bardzo śmieszne. Ty pewnie po treningu to fiołkami pachniesz.
- Ja mam dobry dezodorant. – wymienialibyśmy się tak jeszcze długo, gdyby nie telefon Marcina.
- Już się stęskniliście?
….
- No to zaraz będziemy

- U Kariny jestem. Już się zbieramy.


- Koniec żartów idziemy na obiad. Wszyscy na nas czekają. – powiedział, rozłączając się.
- Na nas? – zapytałam z niedowierzaniem.
- Tak, na nas. Poznałaś tylko dwóch kolegów, a na dole jest ich jeszcze trochę.
- Mamuniu, to ty mnie tu przywiozłeś na jakieś spotkania integracyjne! – przewróciłam teatralnie oczami i roześmiałam się dźwięcznie.
- Nie narzekaj tylko, się ogarnij. Jeszcze mi ich przestraszysz. – Spojrzałam w lustro i sama przestraszyłam się na swój widok. Szybko związałam warkoczyki w jeden duży dobierany warkocz i poprawiłam makijaż. Zobaczymy jak to się wszystko potoczy.






_._
No i jak tam po dłuższej przerwie??
Tęskniliście troszeczkę za Kariną? Powiedzcie, że tak.
Następne losy mam nadzieję, pojawią się troszeczkę szybciej. Jednak nic nie jest pewne...
See U do następnego :)

czwartek, 10 października 2013

9. Dziś jest magiczny dzień

Święta Bożego Narodzenia. Moje ulubione. Uwielbiam zapach choinki i dań przygotowywanych przez mamę i babcię. Każdy w Wigilię miał swoje obowiązki. Brat Gabryś z tatą ubierali choinkę i zawieszali  cukierki, mama z babcią okupowały kuchnię, a ja musiałam sprzątać. W tym roku wszystko jest inaczej. Moje obowiązki musiała przejąć mama, a Gabryś musiał sam uporać się z choinką. Oprócz reprymendy za późne przybycie czeka mnie poinformowanie o sytuacji z Arkiem. Mieliśmy razem być na wieczerzy w moim domu rodzinnym. Już w progu dociera do mnie zapach czerwonego barszczu i smażonej ryby. Wszyscy są tak zajęci, że nie zauważają mojej osoby. Podchodzę do mamy i obejmuję ją w pasie.
- Cześć mamuś – pocałowałam rodzicielkę w policzek.
- Karina, dziecko, czemu nie dałaś znać, że będziesz tak późno? – skarciła mnie mama – Dobrze, że jesteś cała i zdrowa. Arek przyjedzie później? – dodała zaciekawiona brakiem jego osoby.
- Nie mamo, on nie przyjedzie. – odpowiadam smutno. – Nasz związek nie przetrwał.
- Jak nie przetrwał? Przecież rzuciłaś wszystko i pojechałaś do niego. – powiedziała rozpaczliwie. – Co powiedzą ludzie? Już chwaliłam się zięciem, a ty mnie tak wystawiasz? – zaczęła podnosić głos. Nie cierpiałam tego. Zawsze bardziej martwiła się tym, co powiedzą ludzie niż moimi odczuciami. Nawet nie zapytała mnie, co takiego zrobił.
- Mamo jeżeli sądzisz, że zdanie innych mnie obchodzi to się mylisz. Nie będę żyła z kimś, kto mnie okłamuje. To, że ty potrafiłaś przemilczeć wybryki ojca, nie znaczy, że ja mogę robić to samo. – nie wytrzymałam i po raz kolejny wyrzuciłam mamie zdrady ojca. Nie powinnam tego robić. Hamuję się, widząc łzy w jej oczach. – Przepraszam nie powinnam. – mówię skruszona.
- Masz rację. To ja przepraszam.
- Dopiero przyjechała i już robi raban w całym domu – mówi babcia za moimi plecami. Szybko się odkręcam i ją przytulam. – Dobrze, że już jesteś. Niedługo zaczynamy.
- Dlaczego tak wcześnie? Jest dopiero szesnasta. – mówię zdziwiona i dociera do mnie fakt – Mamo znowu masz na nocną zmianę?
- Tak, ktoś w szpitalu być musi.
- Idź się przebierz i zaczynamy. – powiedziała babcia i wzięła się za nakrywanie do stołu.
Jedzenie było pyszne, jak zwykle. Śpiewanie kolęd obowiązkowe. Gabryś się migał, ale w końcu także dołączył. Zanim mama wyruszyła do pracy otworzyliśmy prezenty. Wszyscy byli zadowoleni.
Poszłam się rozpakować i usłyszałam jak dzwoni mój telefon. Chyba to nie mój dzień na rozpakowanie wszystkich rzeczy z torby.
- Wesołych Świąt. Już po kolacji? – usłyszałam znajomy głos w słuchawce.
- Wesołych. – odpowiadam, uśmiechając się – Tak, wyjątkowo wcześnie bo mama musiała do pracy…
- To dobrze, wnioskuję, że teraz masz mnóstwo czasu, aby ze mną pogadać. Włączony laptop?
- Włączony – odpowiadam
- To do zobaczenia. – dodaje, a ja mam przed oczami jego zawadiacki wyraz twarzy. Szybko doskakuję do swojego komputera i włączam Skype. Już po chwili widzę jego białe zęby odznaczające się na tle ciemnej brody. Jednak widząc moją minę zmienia się także jego mimika. Wydaje się być zatroskany.
- Co się stało? Nie cieszysz się, że mnie widzisz?
- Cieszę, tylko pokłóciłam się z mamą. Wypomniałam jej zdrady ojca. – odpowiedziałam z skwaszoną miną.
- Dziś jest magiczny dzień. Wybaczy ci. – mówi na powrót się uśmiechając – a co do magii… Zajrzyj proszę do bocznej kieszonki swojej torby.  
Posłusznie wstaję i robię to, o co prosił. Moim oczom ukazała się malutka ozdobna torebka. – nie zaglądaj do środka jeszcze, chciałbym widzieć wyraz twojej twarzy. – słyszę jego głos dochodzący z laptopa. Wracam więc przed kamerkę.
- Masz przy sobie prezent ode mnie? – pytam zaciekawiona.
- Mam, wszystko sobie zaplanowałem. Ty pierwsza, gdyż panie mają pierwszeństwo.
- Dobra.
Gdy tylko otworzyłam torebkę, moim oczom ukazała się piękna srebrna bransoletka z dwiema zawieszkami. Jedna była w kształcie piłki siatkowej a druga mikrofonu.
- Mam nadzieję, że jeszcze kilka zawieszek się na niej znajdzie. – powiedział Marcin wyrywając mnie z zachwytu.
- Na pewno – udaje mi się w końcu powiedzieć cokolwiek. – Jest piękna, dziękuję. Teraz twoja kolej – mówię, nie mogąc się doczekać jego miny. Widok jest niesamowity. Na początku zastanawiał się, co to może być, ale kiedy ujrzał maszynkę do golenia ukrytą za szkłem w drewnianej ramce z podpisem „W razie potrzeby zbij szybkę”, jego szeroki do tej pory uśmiech zmienił się na jeszcze szerszy.
- Wydaje mi się, że to się nigdy nie zdarzy. – mówi rozbawiony
- No ja myślę. – mówię ciesząc się, że prezent był trafiony.
- Mam nadzieję, że nie planowałaś nic na sylwestra
- Tak jak prosiłeś. Nic nie planowałam.
- Mogłabyś przyjechać do Łubina kilka dni przed sylwestrem?
- Kilka czyli ile?
- Najszybciej jak tylko będziesz mogła – mówi z figlarnym uśmieszkiem. Ja jednak nie jestem aż tak zadowolona, gdyż mam kilka spraw do załatwienia.
- Jak tylko mi się uda wszystko załatwić w czasie to się odezwę.
- Przepraszam wzywają mnie. Uważaj na zwierzęta, dziś mówią ludzkim głosem.
- Będę uważała. Pa.
Wyłączyłam laptopa i z zamyśleniem oglądałam prezent od kapitana naszej drużyny. Co tak naprawdę nim kieruje? Czy on faktycznie coś do mnie czuje? To jest niemożliwe… W tak krótkim czasie?
A co mną kieruje? Niedawno zostałam zraniona przez osobę, którą kochałam. Właśnie kochałam czy tylko mi się wydawało? Sama już nie wiem. Wszystko mi się już miesza…. Od zawsze Marcin był dla mnie autorytetem. Jego wypowiedzi podczas wywiadów zawsze były rozsądne. On jest inny niż reszta siatkarzy. Jest w nim to coś, czego nie umiem określić.  Nie wiem, sama już nie wiem…
- Ja już wychodzę – wpadł do pokoju mój młodszy brat czym wytrącił mnie z zamyśleń.
- Czekaj też się zbieram. Zaraz zadzwonię do Pameli, czy też już rusza.
Wyszliśmy na pasterkę. Spacer o tej porze w Wigilię jest jak orzeźwienie w upalny dzień. Umówiłam się z Pamelą, a Gabryś jakby wiedział, że chcemy pogadać zniknął gdzieś z pola widzenia.
Na początku oczywiście wymieniłyśmy uprzejmości. Wypytałyśmy o święta, rodzinę. Nie obyło się bez pytania o środkowego.
- Wszystko w porządku. – powiedziałam i dotknęłam machinalnie ust wspominając ten prezent, który sprawił mi Marcin przed przyjazdem tutaj. Szybko zeszłam na ziemię widząc pytający wzrok Pameli.
- No co? – udałam, że nie wiem, o co chodzi.
- Ty się pytasz co? Całowałaś się z nim i nawet się nie chwalisz?
- Pamela, a czym  się chwalić. Byłyśmy z Hanią u niego kilka dni. Odwiózł nas. Kupiłam mu prezent. On nie miał nic w zamian i tak jakoś wyszło…
- Tak jakoś wyszło? – wybuchła przyjaciółka. Szybko się zreflektowała gdyż coraz więcej osób kierowało się w stronę kościoła razem z nami. – Kobieto dajesz mu prezent, on w zamian cię całuje, a ty mi mówisz, że tak jakoś wyszło? To jest kapitan naszej reprezentacji. Siatkarz, a u nas w Polsce oni są rozchwytywani, adorowani.
- Przesadzasz. On jest taki sam jak my. Uspokój się.
- Ty chyba nie rozumiesz.
- Czego nie rozumiem? Ty się chyba zapędzasz. On się nad nikim nie wywyższa. Wiem, że jest twoim idolem jak wszyscy w reprezentacji, ale nie traktuj ich jak coś nieosiągalnego. Kończmy tę rozmowę.
- Dobra, ale w drodze powrotnej do tego wrócimy – powiedziała grożąc mi palcem jak małej dziewczynce.
Na moje szczęście spotkałyśmy dziewczyny z chóru i powspominałyśmy stare dzieje. Dobrze było widzieć, że się układa moim drogim koleżankom. Zawsze cieszyłam się z ich szczęścia. Teraz i moje szczęście jest powoli odbudowywane. Dzięki Marcinowi. Jeszcze kilka dni i będziemy się widzieli. Nie mogę się doczekać….

Już dziś zobaczę roześmianą buźkę środkowego... Jeszcze tylko spakować ostatnią torbę do samochodu i mogę ruszać. Niestety wychodząc z domu widzę, że to nie będzie spokojna podróż. Jego sylwetkę poznam wszędzie.


                                                           
Udało się. Zebrała się w sobie i powstał kolejny rozdział.
Mam wrażenie, że jest bez szału. Jednak ocenicie sami.

Przy pomocy Oli jakoś to ujrzało światło dzienne...
Trzymajcie się do kolejnego. Buziaki :*

piątek, 16 sierpnia 2013

8. Czy to jest przyjaźń czy to jest kochanie?

Gdy otworzyłam oczy, zobaczyłam nad moją twarzą Hanię tulącą się do Felipe Fontelesa, tego Filipe Fontelesa.
-Ona jest za młoda. – wyrwało mi się, zanim jeszcze otrząsnęłam się z szoku. Marcin skwitował to tylko zdawkowym półuśmiechem. Przeprosiłam za zamieszanie, a w duchu podziękowałam Bogu, że nikt nie testował na mnie swojej wiedzy na temat pierwszej pomocy.
- Kto wygrywał? – rzuciłam, kiedy dowiedziałam się, że ciągnęli losy, kto ma zostać moim doktorem.
- Antek – powiedział ze zrezygnowaniem Marcin.
-To ja mdleje znowu! – zaśmiałam się, a wszyscy oprócz Marcina poszli w moje ślady.
Hania złapała dobry kontakt z Filipe. Jak oni się dogadują, nie wiem. Lubią się i to jest najważniejsze. Ja też zapomniałam o problemach, mam nowych znajomych. Jutro Wigilia, trzeba się otwierać uczuciowo. Szlag. Jestem tutaj i nie mam prezentu dla pana domu.
- Która jest w ogóle godzina?
- Osiemnasta  – odpowiedział Piotrek Gacek. – A co zabierasz księżniczkę tak wcześnie?
- Nie, jeśli Hania nie chce spać, nie musi. Tak, Malutka?
- Tak. Jestem już duża i mogę iść spać o której chcę. – odpowiedziała, biegnąc od jednego wielkoluda do drugiego. Wyłączyłam się i zastanawiałam, jak mam zniknąć na kilka chwil. Wybrałabym się do galerii i kupiła kilka drobiazgów. Poprosiłam Gacka na bok.
- Piotrek mam pytanie. Mógłbyś mnie podwieźć do galerii?
- No jasne. Poczekaj chwilę, coś wymyślę.
- Marcin, muszę wyjść na chwilę. Nie będzie Ci przeszkadzać jak zniknę?
- Nie, śmiało. Trafisz?
- Tak, Piotrek mi pomoże.
Szybko zjawiliśmy się w galerii. Hani kupiłam książkę o przygodach niesfornego chłopca o imieniu Mikołajek, rodzicom - perfumy. Miałam problem z prezentem dla brata, który wybrał się na Politechnikę Rzeszowską, dla Marcina też jeszcze nic nie wybrałam.
- Piotrek, a Twoja żona nie ma nic przeciwko?
- Przeciwko czemu?
- Twoim zakupom ze mną?
- Sam przy okazji sam kupiłem prezenty dla rodziny. Mogę Cię prosić o przysługę?
- Słucham. - Kiwnęłam głową, a w duchu zaczęłam rozważać, czego może potrzebować ode mnie kędzierzyński libero.
- Nie kupiłem nic dla żony. Jesteś kobietą, masz intuicję, może pomożesz mi coś wybrać?
- Piotruś jeszcze się pytasz… - przytuliłam go i poszliśmy do jubilera. Zdecydowaliśmy się na piękną, srebrną bransoletkę z kryształowymi zawieszkami . Mam nadzieję, że się spodoba Pani Gacek.
- Komuś jeszcze coś kupujemy?
- Mój brat… - westchnęłam ciężko, bo nadal nie miałam żadnego pomysłu na prezent.
- Czym się zajmuje?
- Studiuje elektronikę i robotykę czy coś w ten deseń.
- Widziałem gdzieś jakiś zestaw dla początkującego elektryka - rzucił, wzruszając ramionami
- To może być, prowadź wodzu – zaśmiałam się.
- Marcinowi już coś wybrałaś? - spytał z dziwnym błyskiem w oku, a na jego ustach wykwitł półuśmiech, kiedy usłyszał odpowiedź.
- Mam pomysł.
Pomimo dużej ilości zakupów, w galerii byliśmy stosunkowo krótko. O 21 zawitaliśmy ponownie do mieszkania. Wszyscy bawili się znakomicie. Na macie do tańczenia, leżącej przed telewizorem szalała Hania z Marcinem, którzy nawet nie zauważyli, że wróciliśmy.
- Ciocia! – krzyknęła mała, jak tylko mnie ujrzała. – Gdzie ty byłaś tak długo?
- Tu i tam. Miałam coś do załatwienia. A jak się ty bawiłaś? Nie zanudzili cię?
- Jest super, tylko jestem troszkę zmęczona. – powiedziała i potarła piąstkami oczy.
- Idź do łazienki, zaraz do ciebie przyjdę. – powiedziałam, zbierając puste opakowania po chipsach i miskę po sałatce. Zaniosłam to wszystko do kuchni i już miałam dołączyć do Hani gdy drogę zablokował mi Rouzier.
- Czy ciebie i Marcina coś łączy? – jego pytanie wprowadziło mnie w totalne osłupienie.
- Skąd ci przyszedł taki pomysł do głowy? Jesteśmy dobrymi znajomymi. Dopiero się poznajemy, tak naprawdę. – gdy zobaczyłam jego szelmowski uśmiech zorientowałam się, że badał tylko podłoże. – Antek, jeżeli chcesz szukać szczęścia, proszę bardzo, ale ja ci w tym nie pomogę. Teraz wybacz Hania na mnie czeka.
Zadowolona Hania siedziała już w łóżku i czekała na wspólne czytanie. Widocznie musiała być bardzo zmęczona, bowiem już po pierwszej stronie jej oddech się uspokoił, a myśli przeniosły się gdzieś w krainę bajek. Wyglądała tak pięknie. Uśmiechnięta i wtulona w misia nie była świadoma, co ją będzie czekało w realnym świecie. Wpatrzona w nią straciłam rachubę czasu, byłam głucha na to, co dzieje się wokół mnie. Zaczęłam rozmyślać nad moim życiem. Jedna samotna łza spłynęła po moim policzku, na myśl o tym, że mogłam już nosić taką małą kruszynkę pod swoim sercem.
- Nie płacz. Mimo, że masz później piękne oczy, to nie płacz. – usłyszałam męski głos
- Wystraszyłeś mnie. Długo tu stoisz?
- Byłaś taka rozmarzona, nie chciałem ci przeszkadzać. – uśmiechnął się i dodał.- To taki piękny obrazek, chciałbym się do niego przyzwyczaić.
- Lepiej się nie przyzwyczajaj.
- Dlaczego? – zapytał z udawanym zdziwieniem powoli przysuwając się do mnie.
- Mała musi wrócić do swojego taty. Jutro nas odwieziesz, tak?
- Tak, odwiozę… chociaż zrobię to z ciężkim sercem. -westchnął.
- Widzisz zapomniałabym. Mam coś dla ciebie, ale obiecaj, że otworzysz to jutro. – uśmiechnęłam się i pogroziłam palcem, podając mu pakunek.
- Dziękuję, a ja znów nic dla ciebie nie mam!
- Nie smuć się, coś wymyślisz. – przytuliłam go.
- Ale słodko, zaraz zwrócę te cudowne koreczki. – przerwał ten stan podpity Wiśnia.
- Dobra, już wracamy. Trzeba was trochę przystopować. Jesteście już chyba wystarczająco wstawieni. – spojrzałam znacząco i się uśmiechnęłam.
Marcin odwiózł nas pod mój blok i przepakowywaliśmy się do mojej „srebrnej strzały”.
- Podobało ci się? - spytał Marcin Hani
- Bardzo. - uśmiechnęła się szeroko.
- Cieszę się, że ci się podobało. Będziesz mogła przyjeżdżać z Kariną, kiedy tylko będziesz chciała.
- Ciociu, kiedy pojedziemy? - spojrzała na mnie z błagalną minką.
- Jak będziesz miała ferie, podoba się?
- Bardzo.
- Tobie też? – zwróciłam się do Marcina
- Ekstra. A teraz mogłabyś jeszcze na chwilę wysiąść?
- Jasne. – stanęłam blisko, zbyt blisko. Czułam jego oddech na policzku.
- Hania, zobacz! Tam chyba jedzie cyrk. - Zanim się zorientowałam usta Marcina dotykały moich, a w brzuchu motyle zaczęły tańczyć poloneza. Odwzajemniłam pocałunek, a dłonie położyłam na jego brodzie. Całował tak delikatnie, jakbym była porcelanową laleczką, którą każdy bardziej stanowczy ruch może uszkodzić. Wspięłam się na palce, aby być chociaż troszeczkę wyższą. Marcin jednak odsunął się ode mnie, ale jego oczy były przymknięte, jakby uczył się tego pocałunku na pamięć.
- To był mój prezent świąteczny.
- Dziękuję. - powiedziałam zdziwiona - Był cudowny.- Zaczerwieniłam się i musnęłam ponownie jego usta.
-Dziękuję – szepnęłam ponownie, odsuwając się od mężczyzny.
- Mam prośbę, nie planuj nic na sylwestra. Wesołych świąt. – rzucił na pożegnanie. Nachylił się nade mną, jakby chciał mnie znów pocałować. Nie zrobił tego, położył głowę na moim ramieniu i zaciągnął się zapachem moich włosów, a później odszedł, zostawiając mnie samą. Chociaż może nie samą… towarzyszyły mi miliony myśli.

Wsiadłam do auta cała w skowronkach. W radiu leciały świąteczne piosenki, razem z Hanią wtórowałyśmy wykonawcom.
- Widziałam, co zrobił wujek.
- Nie ładnie podglądać. – w żartach pogroziłam jej palcem
- Wiem, przepraszam. – zrobiła smutną minę a ja zaśmiałam się pod nosem, po chwili usłyszałam jej cichy śmiech.
- O zobacz, tata już czeka. – wysiadłyśmy i przekazałam Hanię Wojtkowi.
- U Hani w torbie na dnie jest prezent od Mikołaja. Połóż go pod choinką jak będzie zajęta. Lecę bo mama czeka. Wesołych Świąt.
- Czekaj Karina. Co robisz w sylwestra, może byś zajrzała do nas?
- Przepraszam, nie mogę przyjąć twojego zaproszenia.
- Wujek prosił ciocię żeby nic nie planowała. Nie powiem co robili na pożegnanie.
- Hania… - Wojtek pogroził małej palcem. – Cieszę się, że ci się układa. Wesołych Świąt. Pozdrów w domu wszystkich.
- Dziękuję i ty także pozdrów. Pa.





                                                                                   
Tak o to utworzyłam coś. Wielką pomocą okazała się moja znajoma. Od niedawna jest moim stylistą słownym :P :)
Buziaki :*:*:*

niedziela, 14 lipca 2013

7. Goście, goście i po gościach

Dochodziła dwudziesta. Brodatego nie było. Zrobiłam prowizoryczną sałatkę, żeby głodomory miały co jeść. Ten duży i ten mały. Hania nadal szalała w rytm muzyki. Skąd ona bierze tyle energii. Zaczęła lecieć jedna z tych piosenek, przy których nie dane mi siedzieć. Backstreet Boys i ich „Get down” zawsze wprawiają mnie w ruch.
- Hania teraz tyłeczkiem tak jak cię uczyłam. I w dół, i w dół a teraz obrót. Ślicznie. – Piosenka dobiegała końca. Mogę już odpocząć naprawdę. – Ciocia teraz usiądzie. Parkiet należy do ciebie, słońce. Wanatówna tak szalała, że boję się o konkurencję. Uśmiechnęłam się na jej widok i klapłam na sofie. Nagle obok pojawił się Marcin.
- Fajny układ. Najbardziej podoba mi się ta część z tyłeczkiem. – uśmiechnął się poruszając znacząco brwiami.
- Ej, długo już jesteś?
- Wystarczająco długo. W dodatku nie sam.
- Jak to? – zapytałam zdziwiona. – Nie mogłeś mnie uprzedzić? Bym się jakoś ubrała normalnie.
- Dobrze jest. Robiłaś coś do jedzenia, bo jak nie to zamawiamy pizze.
- Daj spokój z pizzą. Zrobiłam sałatkę a jak chcesz to mogę jeszcze ciasteczka upiec. Mam przypływ kucharzenia. A w twojej kuchni to sama przyjemność.
- Dobra, dobra. Nie podlizuj się. I tak nie ominie cię. Za godzinę dojdzie jeszcze kilku. Na razie jest tylko jeden. – Kurcze już myślałam, że dziś da sobie spokój. Jutro by mogli przyjść jego koledzy. Wtedy dłużej bym pobawiła się w kucharkę. Ubrała normalnie. – Jednak ciasteczka kusząca propozycja. Ile będzie trzeba na nie czekać?
- Wydaje mi się, że będą gotowe na przybycie TWOICH gości. -  powiedziałam wyraźnie akcentując przedostatnie słowo. – Hania idziesz ze mną na zakupy?
- A daleko? Bo się troszkę zmęczyłam tym tańczeniem.
- Nie daleko. Zaraz za rogiem jest sklep osiedlowy. – odpowiedział Marcin kucając przy Małej – wiesz Hania jak pójdziesz z ciocią to szybciej pójdą jej te zakupy, bo inaczej to z godzinę będzie się zastanawiała nad wyborem cukru – powiedział puszczając mi oczko. Ja zrobiłam tylko naburmuszoną minę a Hania zaśmiała się dźwięcznie.
- No dobra. Pójdę. – odpowiedziała i poszła ubierać kurtkę.
- Za te zakupy to nie dostaniesz ciasteczek. A ty i twój gość zjedzcie tę sałatkę jest w lodówce. – powiedziałam gdy Hania nas nie słuchała -  Uważaj tylko żebyś się nie zadławił – dodałam z cwaniackim uśmiechem zakładając już buty.
Gdy wychodziłam usłyszałam jak jego tajemniczy gość wyłaniał się z toalety. Niestety nie było mi dane zobaczyć kto to taki przybył razem z Marcinem. W sklepie poszło nam szybciutko. Zadziwiające jak szybko środkowy złapał dobry kontakt z Hanią. Mała dogaduje się z nim lepiej niż ze mną. Nie, nie jestem zazdrosna. Nawet dobrze, że się go nie boi jak mnie na początku. Z zamyślenia wyrwał mnie Marcin.
- Karina, ziemia do ciebie.
- Tak jestem, ląduję. – zaśmiałam się – O co chodzi?
- Dziś ci się jednak upiekło
- Raczej się nie upiekło – uśmiechnęłam się wskazując na reklamówkę z zakupami z czego powstać miały ciasteczka śmietanowe. – Testowałeś sałatkę na swoim gościu i odwołałeś dzisiejsze spotkanie?
- Tak mamy trupa w szafie, odwołałem gości bo nie zdążyłbym go sprzątnąć…
- Jakiego trupa? – zapytała wystraszona lekko Hania
- Żadnego trupa, wujek żartował. Ty chyba śpiąca już jesteś, co?
- Trochę mi się oczy zamykają, ale jak potrzymam paluszkami to jeszcze mogę nie spać.
                Roześmialiśmy się i stwierdziliśmy zgodnie, że zrobimy sobie „pidżama party”. Oczywiście tylko we trójkę. Nie wnikałam dlaczego towarzystwo się nie pojawiło. Za to jutro będę już przygotowana. Teraz siedzimy oglądamy „Króla Lwa”. Wszyscy w pidżamach, chociaż Marcin wyglądał jakby miał zaraz iść biegać. Jak zwykle w chwili śmierci Mufasy łezka kręci mi się w oku. Hania niestety nie obejrzała finału. Odpłynęła zaraz po tym jak Simba został odnaleziony przez swoją przyjaciółkę. Marcin odniósł ją do naszego tymczasowego pokoju a ja poszłam do kuchni nastawić wodę na herbatę.
- Co robisz? – zapytał wchodząc do kuchni.
- Musisz straszyć? Zawału można dostać – złapałam się za klatkę – nastawiam wodę na herbatę.
- Nie nastawiaj.
- Że co? – zapytałam zdziwiona.
- To, że kupiłem coś mocniejszego.
- Ty chcesz, żebym popadła w alkoholizm? – zadałam pytanie retoryczne – Idę zapalić. Gdzie masz balkon?
- Nie mam.
- Jak to nie masz? Jak można nie mieć balkonu w mieszkaniu?
- Normalnie. Najwyżej nie zapalisz.
- Zapalę, idę na zewnątrz w takim razie.
- O nie, nigdzie nie idziesz. Siadaj otwieraj okno a ja idę po piweczko.
- Widzisz, że rozwiązanie się znalazło – powiedziałam z uśmiechem.
- Nie wiedziałem jakie piwo lubisz więc wziąłem ci Desperadosa.
- Ujdzie. Piłam gorsze. – znów pokazałam swoje zęby i zaciągnęłam się papierosem mentolowym.
- Ja się o ciebie martwię a ty tylko kpisz. Chcesz dostać?
- O już się boję. – powiedziałam z ironią patrząc się w czarną otchłań za oknem. Oczywiście, żeby nie śmierdziało włączony został okap i okno uchyliłam. Zdążyłam wypowiedzieć te słowa a już Marcin znalazł się obok i wyrwał mi prawie całego papierosa zmoczył go i wyrzucił. Ja w wielkim szoku nie mogłam się ruszyć, przecież to były żarty.
Niestety na papierosie się nie skończyło. Tą lekko zamoczoną dłonią ochlapał mi twarz i dodał z uśmiechem.- Lepiej zacznij. – Uwierzcie mi gdyby nie ten uśmiech na serio zaczęłabym się bać.
- Yhy. Zobacz jak się cała trzęsę – mówiłam idąc w stronę zlewu. Nalałam w szklankę wody i miałam się napić gdy przyszedł mi do głowy szaleńczy plan. Podeszłam do niego, on siedział oglądając dalej bajkę z piweczkiem w ręku, zatrzęsłam lekko ręką i jego zawartość wylała się na głowę i nogi. Ogółem rzecz biorąc wylałam całą szklaneczkę na naszego środkowego.
Zerwał się na równe nogi i zanim ogarnął co się działo ja zaczęłam uciekać. Na próżno próbowałam zamknąć się w łazience. Dopadł mnie podczas zatrzaskiwania drzwi. Pospiesznie chwyciłam słuchawkę prysznica.
- Nawet nie myśl podchodzić bliżej.
- Bo co? Odkręcisz kurek i woda będzie leciała?
- Żebyś wiedział.
- Nie masz co się trudzić, jestem szybszy – powiedział zbliżając się w moją stronę. Faktycznie był szybszy. Złapał mnie i aby mieć większą przyjemność powolnymi ruchami kierował słuchawką po mojej głowie. Stałam spokojnie, ale pękłam i popchnęłam go do wanny. W efekcie wylądowałam między jego nogami w wannie cała mokra. Zaczęliśmy się śmiać.
- Marcin już spokój – klepnęłam go po udzie – Hania przecież śpi.
- Dobra, już. Czekaj jakoś się przekręcę. – Tak się wiercił, że dostałam w twarz od siatkarza. Na szczęście tylko lekko, jednak nie zaszkodzi wprowadzić dramatu.
- Ała – jęknęłam na co brodaty zareagował jak poparzony. Szybko odwrócił się w moją stronę. Zwinnie to uczynił abym znowu nie ucierpiała. – Mam wszystkie zęby? – chciałam rozładować napięcie. On pokiwał tylko głową i delikatnie dotknął mojego policzka. Jego oczy były przepełnione troską i wielkim uczuciem. Kiedyś marzyłam o takiej sytuacji gdzie głównym bohaterem był właśnie nasz środkowy. Sparaliżowana czekałam chociaż przeczuwałam co się wydarzy. Nie ruszyłam się nawet o milimetr. Jego twarz była coraz bliżej. Już niewiele brakowało.

                Właśnie siedzę na kanapie z Hanią i czytamy „Kajtkowe przygody”, ciasteczka w piekarniku. Marcina nie ma. Mam nadzieję, że mnie uprzedzi czy wróci sam. Jak pomyślałam tak za chwilę odezwał się mój telefon.
- No co tam?
….
- Ok. To już jest wszystko gotowe. Do zobaczenia.
Nasze relacje po wczorajszym się nie zmieniły na szczęście. Nie lubię takich dziwnych relacji a na pewno nie przebolałabym gdyby tak było.
- Chodź Hania ciocia się ogarnie.
- Wujek już wraca?
- Tak, z gośćmi.
- Ja też muszę się zgarnąć. – Na te słowa się tylko uśmiechnęłam.
- To idziemy.
Gdy przeglądałam swoje ubrania aby ubrać się normalnie Hania zagięła mnie pytaniem…
- Ciocia kochasz wujka? – oczy jak pięć złotych można było zauważyć u mnie.
- Nic takiego nie zanotowałam ostatnio. Jednego jestem pewna, ty zagościłaś w moim serduszku i nikt więcej się nie zmieści. – odpowiedziałam opanowując zdziwienie.
- Dobrze i szkoda.
- Dlaczego?
- Dobrze bo tatuś oprócz mnie też nie kocha nikogo a szkoda, że nikt się już nie zmieści w twoim serduszku ciocia. – znowu mnie zagięła.
- Kochanie – przykucnęłam – twój tatuś i ja kiedyś bardzo mocno darzyliśmy się uczuciem. Nie wyszło i na szczęście jesteś ty. – pacnęłam lekko jej noska a moje oczy się zaszkliły. Szybko się odwróciłam nie chciałam, żeby widziała jak mi przykro, że kiedyś nam nie wyszło. Pomyślałaby, że to przez nią, a ona nie jest niczemu winna.
- Dobrze ciociu, że się nie gniewasz na tatę. – powiedziała wtulając we mnie swoją twarzyczkę. Kocham tę malutką istotkę. Nasze tkwienie w stanie czułości przerwał dźwięk przekręcanych kluczy.
- Hania zamykamy szybko drzwi. Jesteś gotowa?
- Nie
- No to szybciutko. – roześmiałam się. Ja stałam w samym staniku a Hania była bez spódniczki. Marcin wchodząc zapytał gdzie jesteśmy.
- U nas – odkrzyknęłam – ciastka wyjmij z piekarnika bo czuję, że są gotowe i z lodówki weź koreczki. Zaraz wstawię zapiekankę do podgrzania.
Teraz dopiero się zaczęłam bać tego spotkania. Moje rude warkoczyki spięłam gumką wysoko w nieładzie. Za drzwiami było słychać wiele męskich głosów. Nerwy biorą górę.
- Ciocia denerwujesz się?
- Nawet nie wiem malutka jak bardzo.
- Nie ma czego to tylko duzi faceci jak wujek. Tak przynajmniej mi tłumaczył. – uśmiechnęłam się na te słowa.
- Dobra kochana to idź wybadaj teren a ja musze tu sprzątnąć bo zrobiłyśmy lekki bałagan. – Hania zniknęła i usłyszałam wielkie poruszenie. Zrobiła na nich wrażenie. Tak przynajmniej wnioskuję po odgłosach.
Wychodząc z pokoju potknęłam się o duże buty w przedpokoju i runęłam jak długa robiąc hałasu sporo i uderzyłam głową o coś twardego. Ostatnie co słyszałam to swoje imię powtarzane przez Marcina i krzyk Hani.

niedziela, 2 czerwca 2013

6. Jestem z Tobą bezpieczna?

Ugryzłam dziada w palce. Odwróciłam się, żeby spojrzeć mu w twarz. To co zobaczyłam wmurowało mnie kompletnie. Ten sapiący mi do ucha facet to mój szef. Sądziłam, że wyszedł. Pomyliłam się. Strasznie napierał na mnie. Czułam jego męskość. Próbowałam się szarpać jednak on był silniejszy.
- Nie wierć się tak – powiedział rozpinając moją bluzkę. – Wiem, że tego chcesz. Widzę jak na mnie patrzysz. – łzy ściekały mi po policzkach a on drugą ręką zaczął dotykać moich piersi. Cały czas miał złowrogi uśmieszek na twarzy. To nie było przyjemne. Robił to z taką zachłannością i szaleństwem w oczach. Nagle było słychać dzwoneczki w drzwiach co oznacza, że ktoś wszedł.
- Zamknięte już. Nie widać tabliczki? – krzyknął w stronę drzwi. Skorzystałam z okazji i kopnęłam go w krocze. Uścisk się poluźnił i zaczęłam się znowu wyszarpywać. Mi się udało jednak moja garderoba szczęścia nie miała. Wypadłam na sklep jak szalona. Na środku stał Marcin. Gdy mnie zobaczył był w szoku. Ja złapałam jakąś kurtkę i torebkę. Łzy płynęły bez jakiejkolwiek mojej kontroli. Nie zwróciłam większej uwagi na poczynania środkowego, ale wydawało się, że zaciska pięści. Wzięłam go za rękę i pociągnęłam w stronę wyjścia.
- Karina ja tak nie mogę – zanim się zorientowałam on już był w środku. Usłyszałam tylko jak coś ogromnego pada na podłogę. Zaraz po tym wyszedł Marcin i masował dłoń. Przy samochodzie już się poddałam. Usiadłam przy kole i zapaliłam papierosa. Ręce mi się trzęsły a moje serce kołatało. Płacz zamienił się w lament. Brodaty przysiadł się i mnie próbował przytulić. Robił to tak nieudolnie, ale z wielkim uczuciem. Zamknął mnie w swoim uścisku i lekko kołysał. Poczułam się jak mała dziewczynka, która uderzyła się w nóżkę i mama próbuje uspokoić. Takie bezpieczeństwo jak w domu. To ciekawe bo jako małe dzieci sądziliśmy, że dom to twierdza, która obroni nas przed całym złem świata. Teraz tę twierdzę miałam w ramionach Marcina. Uspokoiłam się.
- Pokaż mi tę rękę – powiedziałam uświadamiając sobie, że ta moja twierdza się uszkodziła.
- Nic się nie stało. Trochę boli, ale przestanie.
- Jedziemy do szpitala. Ktoś musi to obejrzeć.
- Nie. Na początku jedziemy na policję. Przecież to była próba gwałtu.
- Wiem, że muszę. To idziemy na deal. Na policję pojedziemy, później od razu do szpitala.
 Zgłosiłam próbę gwałtu, Marcin także złożył zeznania jako świadek zdarzenia. Na pogotowiu powiedzieli, że ręka środkowego jest lekko obtłuczona. I do póki opuchlizna nie zejdzie to nie może trenować. Dostał zwolnienie.
- Jeju Marcin. Przeze mnie teraz nie możesz trenować. – powiedziałam idąc w stronę auta
- Karina uspokój się. I tak wziąłem urlop. Mam trzy dni wolnego. Wydaje mi się, że to nic groźnego. Jakby była taka sama sytuacja zrobiłbym to samo. Nawet nie waż się mieć wyrzuty sumienia. – Przytulił mnie mocno. Ja w podzięce stanęłam na palcach i pocałowałam go w policzek.
 - Dziękuję ty mój bohaterze. – powiedziałam i lekko się uśmiechnęłam. – jedźmy już do mnie bo głodna jestem. Zrobiłam pyszną sałateczkę.
- No jak jest pyszna to chętnie spróbuję. Może jakieś wino do tego?
- To zajedziemy do Tesco. – Marcin cały czas próbował wywołać uśmiech na mojej twarzy. Dzięki niemu pozbierałam się dość szybko i zapomniałam o całym tym zdarzeniu. Dobrze, że przyjechał po mnie. Nie wiem jakby się to skończyło.
Do mieszkania zawitaliśmy około 22. Jednak pod drzwiami spotkała mnie niespodzianka.
- Hania kochanie, co się stało? – zapytałam jak zobaczyłam zapłakaną dziewczynkę na schodach przy drzwiach mieszkania.
- Ciociu ja nie chcę do taty teraz. Mogę zostać u Ciebie?
- Tak rybeńko. To jest wujek Marcin. – mała  spojrzała na niego wielkimi zeszklonymi oczami.
- Wejdziesz z nim teraz do mojego mieszkania, dobrze? – Hanulka tylko pokiwała głową.Bałam się czy będzie chciała z nim zostać. Jednak się udało.
- Ja niedługo będę. – otworzyłam im drzwi i wzięłam siatkarza na stronę – Marcin idę do jej ojca dowiedzieć się kilku informacji. Weź..
- Nigdzie nie pójdziesz sama. Oszalałaś? Po tym co się stało mam sobie spokojnie na ciebie czekać?
- Marcin nie krzycz bo mała się wystraszy. Wojtek, bo tak się nazywa, mieszka w bloku obok. Teraz jestem już czujna. Kochany zajmij ją czymś, w lodówce jest sałatka, chleb w chlebaku. – zanim zniknęłam za drzwiami dałam mu całusa w policzek. Gdy byłam już przed blokiem zapaliłam papierosa i zaczęłam myśleć o tym wszystkim. Wtedy dopiero do mnie dotarło, że zwróciłam się do siatkarza per „kochany” i sprzedałam mu dzisiaj już drugiego całusa. Mam nadzieje, że nie potraktuje tego jak akt desperacji czy coś w ten deseń. Jednak te myśli musiałam odsunąć od siebie i zając się problemem Hani.
Mieszkanie Wojtka było otwarte. W salonie świeciło się lekko jakieś światło. Skierowałam kroki w tamtą stronę i zobaczyłam Wojtka we łzach. Był pijany więc podejrzewam najgorsze. Po wpadce z Jolką nie pił wódki. A właśnie dwie butelki po czystej stały  na ławie.
- Wojtek – powiedziałam lekko. Ten się tylko odwrócił i polał sobie kolejną porcję alkoholu. – Wojtek powiedz mi co się stało? – powiedziałam już bardziej stanowczym głosem.
- A skąd ci to przyszło do głowy? – powiedział z ironią w głosie. Wkurzył mnie tym, chyba sobie nie zdaje sprawy, że jego córki nawet nie ma w domu.
- Pytasz się skąd? Twoje dziecko całe w nerwach znalazłam u siebie pod drzwiami. I ty się mnie pytasz z ironią o takie błahostki? Ty nie pijasz takiej ilości alkoholu. Zastanów się nad sobą bo dziecko się ciebie boi. A teraz idziemy do kuchni. – zaczęłam krzyczeć na niego.
- Nigdzie nie idę. – powiedział i znowu się rozpłakał. – Hania jest u ciebie? Może i lepiej. Wiesz, ze przyszła tutaj?
- Kto? – zapytałam
- Jak to kto? Jolka. Po 7 latach sobie przypomniała, że ma córkę. Chce mi ją odebrać. Podobno nie umiem się nią zająć.
- Wiesz, ze takim sposobem dałeś jej dobry argument? Siedzisz zalany w trupa prawie, dziecko wychodzi a ty nawet nie reagujesz. Idę wezmę jej rzeczy. Ona zostaje u mnie.
- Ona ma taką ulubioną książeczkę. Zawsze nosi ją w plecaczku. – prawie wybełkotał. Weszłam do pokoju Hani i spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy. Na wieszaku w przedpokoju wisiały zapasowe klucze, które pozwoliłam sobie wziąć. Okryłam Wojtka kocem i wyszłam zamykając go aby nie został okradziony.
Szybkim krokiem wróciłam do Marcina i Hani. Siedzieli w dużym pokoju i zajęci byli oglądaniem jakiejś bajki, gdyby nie fakt, że drzwi wejściowe mam na wprost od tego pokoju to pewnie by nie zauważyli mojego powrotu.
- Ciocia! – krzyknęła mała i rzuciła mi się na szyję. Marcin oparł się o futrynę z zadowoloną miną. – Ten wujek jest strasznie duży. Próbowałam go zmierzyć na początku, ale nie starczyło mi linijki. – nie potrafiłam być poważna, choć powinnam, i wybuchłam śmiechem.
- Przepraszam kochanie – zwróciłam się do Hani – ten wujek już taki jest. Po prostu duży. – Marcin tez już nie wytrzymał i razem ze mną zanosił się śmiechem. – A czy ten wujek dał ci cos zjeść? – zapytałam podejrzliwie patrząc na środkowego.
- Tak. Jakąś mamałygę mi nałożył. Nawet dobra była. Jednak poczekałam chwilę aż sam wujek zje.
- Ok. to ząbki myjemy i spać.
Szybko mi poszło uśpienie małej.  Około pierwszej w nocy już byłam wolna.
- Jesteś śpiący?
- Nie, mimo zmęczenia spać mi się nie chce. Masz ochotę na to wino?
- w sumie możemy się napić. Mam nadzieję, że nie będziesz jechał z rana?
- Jak wypijemy to nie. To otwierać?
- No jasne. Chodź do kuchni. Nałożę sobie tej „mamałygi” jak to określił ten mały potworek. – i wybuchliśmy śmiechem. Po chwili musieliśmy się opanować, żeby Hani nie obudzić.
- No i co się dowiedziałaś? – zapytał Marcin przerywając ciszę. Streściłam mu po części o co chodzi mniej więcej w tym wszystkim. I wspólnie stwierdziliśmy, że pójdziemy do wesołego miasteczka, które akurat przyjechało. Hania będzie zadowolona. Już Nawet nie przenosiliśmy się do pokoju. Kuchnia to najlepsze miejsce na rozmowy każdego rodzaju. Wino zaczęło uderzać do głowy. Do tego doszedł papieros.
- Mogę jednego? – zapytał siatkarz, kiedy odpalałam LD mentolowego
- Tak jasne. – podałam mu paczkę. – od kiedy palisz?
- Nie palę. – odpowiedział całkiem poważnie -  no co tak patrzysz, od czasu do czasu zapalę a nie cały czas, jak ty. – i posłał mi kuksańca między żebra. Nie byłam mu dłużna. Biedny nawet odpalić papierosa nie mógł. – Poczekaj jak skończymy. Życia już nie masz.
- Chyba żartujesz. Dziecko śpi za ścianą a tobie się wygłupów zachciewa – powiedziałam śmiejąc się.
- Masz szczęście. Jeszcze się z tobą policzę. A tak nawiasem mówiąc może pojedziecie do mnie. Ja przekażę zwolnienie lekarskie trenerowi. Oderwiecie się od tego wszystkiego co się tu wydarzyło.
- Nie, Marcin. Już i tak dużo zrobiłeś. Przeze mnie nie możesz grać. A jak cos się stanie podczas przejazdu do Kędzierzyna? – zaczęłam jęczeć.
- Karina, nie zaczynaj. Tłumaczyłem ci, że zrobiłbym to jeszcze raz. I nie zakładaj od razu najgorszego. Ty ciągła optymistka takie rzeczy wygadujesz?
- A skąd niby wiesz, że ciągła optymistka? – zapytałam zaciekawiona.
- Oglądałem twoje zdjęcia na laptopie – powiedział zawstydzony – No i znalazłem trochę zdjęć swoich i moich kolegów – dodał już całkiem rozbawiony
- Ej, kochany mój kolego – powiedziałam oburzona gasząc fajkę – nie zapędziłeś się? Rozumiem miałeś pozwolenie na odpalenie kompa, ale nie na przeglądanie zdjęć. – znowu dostał kuksańca
- Kochana koleżanko, razem z Hanią woleliśmy oglądać twoje zdjęcia niż bajki. Przynajmniej rozładowałem napięcie. Mała była rozbawiona.
- Dobra niech wam będzie i tak już to zrobiliście. Na szczęście nie zdjęcia były ocenzurowane – puściłam mu oczko. – o ja cie. Już druga. Panie Marcinie zapraszam pana do salonu. Przygotuję spanie – powiedziałam udając kamerdynera.
- Jakubie sam mogę to uczynić – odpowiedział siatkarz i wybuchliśmy śmiechem.
- Cśiiii, Hania. – dodałam z wyrzutem. – to dam Ci pościel tylko.
- A musimy iść spać? Mamusiu jeszcze troszeczkę – powiedział udając małe dziecko
- Chcesz iść jutro do tego wesołego miasteczka? To trzeba mieć na nie siły. Już, do pokoju marsz. – odpowiedziałam jak matka i już mało brakowało, żebym znowu wybuchła śmiechem jednak się powstrzymałam.

Zostawiłam mu zapaloną lampkę i sama poszłam do swojego pokoju, gdzie smacznie spała Hania. Na szczęście się nie rozbudziła. Sen miałam niespokojny. Śniła mi się twarz mojego szefa, Arek i w dodatku załamany Wojtek. Widziałam i słyszałam we śnie Hanię zanoszącą się płaczem jakby to się działo na prawdę. W pewnym momencie wszystkie te złe chwile się ulotniły, Hania się uspokoiła i mój sen był odpoczynkiem. Poczułam się jak w domu. W swoim małym łóżeczku. Gdy się obudziłam zobaczyłam, że śpi z nami Marcin. To dlatego miałam wrażenie, że jestem w domu.
- Hej Marcin.. – lekko dotknęłam jego policzka. On nawet się nie ruszył. Postanowiłam jakoś przez niego przejść. Gdy próbowałam go nie obudzić, nieświadomie dźgnęłam go łokciem. Sorka, ale wygrzebać się z jego ramion było mi ciężko..
- AUĆ! – syknął.
- Przepraszam. – szybko odpowiedziałam i wyszłam z pokoju.
- Zawsze wstajesz tak wcześnie? – zapytał wchodząc za mną do kuchni.
- No tak. A ty zawsze dokładasz się do łóżka komuś?
- O co ci chodzi?
- No a jak myślisz? Bałeś się sam spać w pokoju? Było powiedzieć wcześniej, kanapa jest większa niż moje łóżko.
- W nocy Hania płakała a ty cała trzęsłaś się i byłaś mokra. Chciałem was przenieść. Hania szybko się uspokoiła, z tobą tak łatwo nie poszło i przycupnąłem na skrawku. Jednak jakoś się zmieściliśmy.
- Faktycznie miałam zły sen i myślałam, że płacz Hani mi się śni. Przepraszam. Jestem rozdrażniona.
- Rozumiem. Po tym co przeszłaś się nie dziwię. – przytulił mnie. Z tego stanu wyrwała nas Hania, tóra roześmiała się gdy nas zobaczyła.
- Ciociu ty masz piżamę tego wujka czy wujek ma twoją?
- Nie kochanie wujek ma swoją a ja swoją – uśmiechnęłam się i pokazałam jej spodenki. Faktycznie Marcin miał tylko dół a ja miałam za dużą koszulkę. – chodź ubierzemy się i zrobimy śniadanie.
- Ciociu czy wujek to twój chłopak? – zapytała mnie mała jak byłyśmy już w pokoju.
- Nie, to jest mój przyjaciel. Jeśli będzie moim chłopakiem to na pewno się  tym dowiesz pierwsza. A teraz trzeba się ubrać i mamy niespodziankę dla ciebie.
- Niespodziankę? – zapytała zadowolona – lubię niespodzianki.
- To dobrze. – uśmiechnęłam się do niej.
                Szybko się ogarnęliśmy i zjedliśmy śniadanie. Hania nie mogła się odczekać niespodzianki. Na nasze szczęście niespodzianka się udała. Mała była zadowolona. Marcin bardzo dobrze się z nią dogaduje. W ogóle cały nasz wypad do wesołego miasteczka się udał. Kiedy chciałam się zbierać już do domu okazało się, że Marcina nie ma. Dzwoniłam, ale nie odbierał. „No cóż – pomyślałam – jest dużym chłopcem. Trafi.” Przespacerowałyśmy się same. Hania nie domagała się spotkania z Wojtkiem. Z resztą wytłumaczyłam jej, że tata musi teraz odpocząć i nie można mu przeszkadzać.
Wchodząc do bloku wpadłyśmy na Marcina.
- Kiedyś ty się zmył?
- Już jakiś czas temu, poszłyście na watę cukrową. Idź tylko spakuj się, Hani rzeczy już są w samochodzie.
- Jak to? – zapytałam zdezorientowana.
- Tak to. Jedziemy do Kędzierzyna.
- A tatuś nie będzie krzyczał? – zapytała znienacka Hania.
- Zaraz zadzwonimy i się dowiemy. – byłam zła na Marcina, że postawił mnie przed faktem dokonanym. W dodatku Hania chyba chciała jechać. Musiał jej coś obiecać, tak mi się wydaje.
Wojtek nie miał nic przeciwko. Nawet pochwalił pomysł Marcina. Tak więc wyruszyliśmy do Kędzierzyna Koźle. Droga minęła nam spokojnie. Hania usnęła, mnie też sen morzył.
- Śpiochy wstajemy, jesteśmy już na miejscu. – poczułam lekkie muśnięcie po policzku.
- A tak dobrze mi się spało – przeciągnęłam się i wyszłam z auta. Marcin obudziła takim samym sposobem i Hanię. Ma podejście do dzieci.
- Wujek a kiedy poznam tych ogromnych ludzi, o których mi opowiadałeś? – zapytała Hania. Już teraz wiem co jej obiecał.
- Marcin kiedy miałeś zamiar mi powiedzieć? – zapytała dociekliwie nie pozwalając mu odpowiedzieć Hani.
- Ojeju Karina nie denerwuj się. Kiedyś mi opowiadałaś, że chciałaś poznać moich kumpli. Więc korzystaj.
- Naprawdę tak ci mówiłam?
- Naprawdę. Mówiłaś, że znasz większość siatkarzy z PW, ale takich sław jak są w ZAKSIE to jeszcze nie było Ci dane poznać. – uśmiechnął się od ucha do ucha, a ja nadal nie wiedziałam kiedy miała miejsce ta rozmowa. – Ja cie Karina, nie pamiętasz? To było na twojej imprezie urodzinowej. Pomyśl, że to jest dodatkowy prezent urodzinowy. To co dałem ci na prezent to był żenujący pomysł. Powinienem się bardziej postarać.
- Dobra, nie wracajmy już do tej imprezy. Chociaż był incydent to było super.
- Kto to jest ten cedent? – zapytała Hania przysłuchująca się naszej rozmowie. My się tylko uśmiechnęliśmy i już miałam jej wytłumaczyć jednak Marcin mnie wyprzedził.
- Incydent to nie miłe zdarzenie, które przynosi niekorzystne skutki. Na szczęście nie zapada w pamięci.
 - Aha. To lepiej, żeby te incydenty się nie zdarzały. – odpowiedziała i wzięła Marcina za rękę. – idziemy?
- Tak idziemy, tylko wezmę nasze torby. – Marcin wziął torby i Hanię na barana, ja musiałam tylko operować kluczami.
Gdy weszliśmy do lokum brodatego całkowicie oniemiałam. Barwy ścian były tak starannie dobrane, że czuło się wewnętrzny spokój. Kuchnia była w pewnym sensie połączona z salonem, te dwa pokoje przedzielone były wyspą. Marcin wskazał nam nasz dotychczasowy pokój a sam skierował się do swojej sypialni.
Nie wiem o której oni mają te treningi, ale jak tylko nam objaśnił co i jak to zniknął. My zajęłyśmy się sobą. Wyjęłam laptop, który zawsze mam przy sobie, załączyłam muzykę i szalałyśmy w rytm piosenek Earth, Wind & Fire.




Oki sorki za tak długą nieobecność, po prostu tworzyłam na nowo to co już kiedyś powstało. Próbuję dostosować się (poprawić) do każdej krytyki. Raczej się nie załamuję.